Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

Marcin Teklak

Data urodzenia: 12.10.1977 (39)
Wzrost: 193 cm
Obywatelstwo: POL
Pozycja: skrzydłowy

REKLAMA

0,00 PUNKTÓW NA MECZ
0,00 ASYSTY NA MECZ

PRZEBIEG KARIERY

- 2006-2007 MKS Piotrówka Radom (POL)
- 2007-2008 Rosasport Radom (POL)

REKLAMA

Pięć najbardziej nieudanych transferów w tym sezonie PLK

PLK | 06.05.2016 08:51

Menedżerom naszych klubów trafiło się kilka gwiazd, ale nie zabrakło też kompletnie chybionych strzałów. Prezentujemy piątkę tych, którzy rozczarowali w największym stopniu.

Wybierając poniższą piątkę zawodników, kierowaliśmy się oczekiwaniami w stosunku do nich oraz ich wcześniejszym dorobkiem. Chybionych transferów w PLK było bowiem sporo więcej.

Seid Hajrić (Rosa) - 16:18 min., 4.6 pkt., 3.6 zbiórki, 38.9% z rzutów wolnych,
Po przejściu do Radomia rozgrywa najsłabszy sezon w karierze. Został sprowadzony, by pełnić rolę 2-3 środkowego i choć w Rosie konkurencja na tej pozycji nie jest zbyt silna, szybko stał się tym ostatnim. I to zanim wpadł w problemy z urazami. Stracił dawną pewność w rzutach z półdystansu, nadal nie nauczył się rzucania wolnych, stałą cechą jest też skłonność do faulowania w ataku przez ruchome zasłony. Wiek (33 lata) również nie czyni go już zbyt perspektywicznym zawodnikiem.

Ovidius Galdikas (Wilki) – 9:50 min., 2.8 pkt., 2.6 zb., 0.8 bloku
Wyróżniający się w czasach gry Asseco w PLK środkowy, po mało udanej przygodzie w Gran Canarii zalicza jeszcze bardziej nieudany powrót na polskie parkiety. OK, taktyka Wilków ma swoją specyfikę i nie każdego zawodnika da się w niej należycie wykorzystać. Jednak nawet w epizodach litewski gigant mógłby być straszakiem w obronie i ataku. Nie jest. Najważniejsze zwycięstwo w sezonie szczecinianie odnieśli, gdy w ogóle nie pojawił się na parkiecie.

Chamberlain Oguchi (Anwil) – 21:48 min., 13.7 pkt., 35.8% z gry
Po rewelacyjnych występach latem z reprezentacją Nigerii, z którą zdobył mistrzostwo Afryki oraz nagrodę dla MVP, zapowiadany był jako jedna z największych gwiazd ligi. Świetnie wypadł w pierwszych kilku meczach (zaczął od dwóch spotkań po 25 pkt.) i… rozpoczęła się seria urazów i „urazów”, które doprowadziły do przedwczesnego rozstania z klubem. Trudno powiedzieć, ile tak naprawdę potrafi. Zazwyczaj albo był kontuzjowany, albo grywał zbyt krótko, aby znaleźć swój rytm w ataku. Bez względu na powody – Nigeryjczyk we Włocławku zupełnie nie wypalił.

Korie Lucious (Wilki) – 24:00 min., 9.5 pkt., 31.2% za 3 pkt., 2.6 straty
Trener Marek Łukomski na pewno pamiętał, że Rosa nie chciała wiązać swojej przyszłości z wciąż młodym Amerykaninem, a mimo to zdecydował się zaryzykować, licząc zapewne, że zawodnik dojrzał i okrzepł. Problem w tym, że niekoniecznie tak się stało. Chaotyczny i często zbyt żywiołowy rozgrywający był jednym z graczy odpowiedzialnych za nieudaną pierwszą rundę zespołu ze Szczecina. Lepsze czasy w Wilkach nastały dopiero wówczas, gdy Luciousa wymieniona na Russella Robinsona.

Josh Miller (Siarka) – 23:13 min., 4.3 punkty, 16.7% z gry
W poprzednich sezonach wszyscy w Tarnobrzegu marzyli, aby „Cookie” – umiejętności nie kwestowano – stał się trochę większy. I rzeczywiście w tym sezonie przyjechał na Podkarpacie większy, ale trenerowi Zbigniewowi Pyszniakowi z pewnością nie chodziło akurat o te „gabaryty”, których przybyło koszykarzowi. Mocno zaokrąglony Miller nie był już w stanie zdobywać przewagi nad rywalami szybkością. Napisać, że rzucał fatalnie to za mało – w trzech meczach po powrocie zdołał trafić 4 z 24 rzutów z gry. Szybko nie wytrzymały tego nawet podkarpackie standardy.

Nagroda zespołowa – Śląsk Wrocław (minimalnie przed AZS Koszalin)
Przed startem rozgrywek nazwiska Amerykanów sprowadzonych do Śląska nic wam nie mówiły i zapewne także teraz nic by nie powiedziały. We Wrocławiu uznano, że na koszykarskim rynku „tanie jest dobre” i hurtem sprowadzono grupę graczy, których poziom uczynił klub z Dolnego Śląska dyżurnym tematem żartów w całej lidze. Żaden z nich nie dotrwał do końca sezonu, choć OK - Jarvisa Williamsa można było żałować, bo akurat ten podkoszowy dawał radę.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Raptors zatrzymali Heat obroną

NBA | 06.05.2016 08:14

Znów dogrywka i znów dodatkowe emocje w Toronto! Tym razem Raptors nie pozwolili jednak rywalom przejąć imprezy. Dzięki świetnej obronie w doliczonym czasie gry okazali się lepsi w stosunku 10:6, w całym meczu 96:92 i wyrównali stan rywalizacji na 1:1.

Kyle Lowry znów miał piłkę w ostatnich sekundach czwartej kwarty. Tym razem nie rzucał na remis, tym razem mógł sprawę zakończyć w regulaminowym czasie gry. Nie udało się. Rozgrywający nadal nie może wydostać się ze swojego play-offowego dołka, ale trzeba zaznaczyć, że chwilę wcześniej, pomiędzy trójkami Dwyane’a Wade’a i Gorana Dragicia dającymi Heat dogrywkę, po raz kolejny trafił bardzo ważny rzut, bez którego jego zespół najprawdopodobniej przegrywałby już w serii 0:2.

Lowry nie zasłużył na takie play-offy. Po bardzo dobrym sezonie zasadniczym, w którym jako czołowa postać drużyny poprowadził ją do drugiego bilansu w konferencji, na tym etapie rozgrywek wydaje się bezradny. W dziewięciu meczach notuje średnio raptem 13,6 pkt. Trafił zaledwie 41 ze 133 oddanych rzutów z gry (30,8%), na co złożyło się także katastrofalne 9/57 z dystansu (15,8%).

DeMar Derozan wygląda nieco lepiej, ale i on prezentuje się poniżej oczekiwań. Choć wciąż jest najlepszym strzelcem zespołu, to skuteczność rzutów z gry na poziomie 33,7% to wynik o prawie 11 punktów procentowych gorszy od tego, co prezentował w trakcie rundy zasadniczej. W czwartek zapisał na swoim koncie 20 punktów, jednak to znów tylko 9/24 z gry i co gorsza, raptem 2/8 z linii rzutów wolnych!

Kiedy nie idzie w ataku, trzeba nadrobić w obronie. Z takiego założenia wyszli w czwartek Raptors i zaskoczyło. Heat już w pierwszej kwarcie popełnili 11 strat, a w całym meczu mieli ich w sumie 21, przy czym aż 15 z nich stanowiły przechwyty gospodarzy.

Kluczowa okazała się jednak oczywiście dogrywka, w której podopieczni Dwane’a Caseya przytrzymali ekipę z Florydy bez punktów przez ponad 4,5 minuty. Luol Deng pierwsze punkty dla swojej drużyny w tym fragmencie meczu zdobył dopiero na 23,5 sekundy przed końcową syreną i choć Heat próbowali jeszcze wrócić, a Raptors niecelnymi wolnymi im to ułatwiali, to ostatecznie miejscowi postawili na swoim.

Z obozu Toronto należałoby oczywiście wyróżnić tych, dzięki którym w ogóle rubryka ze skutecznością drużyny jako tako wygląda. DeMarre Carroll, grając z kontuzjowaną w pierwszym meczy prawą ręką, zanotował 21 punktów (7/13 z gry), 5 zbiórek i 4 przechwyty, a 3 z 4 czelnych trójek całej drużyny pochodziły właśnie od niego. Jonas Valanciunas z kolei popisał się kolejnym double double (15 pkt., 12 zb., 7/9 z gry), dokładając do tego trzy przechwyty. Warto również zaznaczyć, że z nim na parkiecie Raptors byli aż 17 „oczek” na plusie.

Po drugiej stronie nieźle zagrała cała pierwsza piątka, ale zdecydowanie najlepsze zawody rozegrał Goran Dragić, który zapisał na swoim koncie 20 punktów (8/12) i trafił trójkę na dogrywkę. Niewiele zabrakło, a Heat wracaliby do domu, prowadząc w serii 2:0. Plan minimum jednak wykonali. Odebrali Raptors atut własnego parkietu i teraz oni spróbują zamienić go na dwa zwycięstwa we własnej hali. Pierwszy mecz w Miami już w sobotę o godz. 23:00 polskiego czasu.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Wikimedia Commons
 

Czarni Słupsk znów w strefie medalowej!

PLK | 05.05.2016 22:06

Danny Gibson zagrał wreszcie jak prawdziwy MVP, ale to Jerel Blasingame przejął mecz w czwartej kwarcie. Czarni wygrali mecz 94:83, zwyciężyli w serii 3:1 i o finał PLK zagrają ze Stelmetem.

Bardziej niż kolejne roszady w wyjściowej piątce Polskiego Cukru mogło zaskoczyć ich nowe nastawienie w ataku. Od początku postanowili konsekwentnie grać pod samą obręcz, gdzie rewelacyjnie radził sobie Maksym Kornijenko. Ukrainiec zdobył pierwsze 7 punktów gości, którzy wyszli na szybkie prowadzenie 9:2.

Czarni po pierwszym zdziwieniu, zaczęli się stopniowo otrząsać, również grając regularnie pod kosz. Najpierw dobrze radził sobie Cheikh Mbodj, a potem świetną zmianę ponownie dał fruwający Justin Jackson (7 pkt., 5 zb. do przerwy). Czarni wykorzystując liczne pudła spod kosza torunian zdołali w końcówce pierwszej kwarty wyjść nawet na prowadzenie 22:19, kończąc ją celną trójką znów dobrze grającego Mantasa Cesnauskisa.

Druga kwarta to już klasyka tej serii – festiwal rzutów za 3 punkty oraz radosna, często chaotyczna gonitwa od jednego do drugiego kosza. Po jednej stronie przebudził się nieco Danny Gibson (2 trójki z rzędu), po drugiej skoncentrowany na podawaniu Jerel Blassingame znajdował kolegów rozrzucając dość dziurawą strefę Polskiego Cukru. Po bardzo wyrównanej pierwszej połowie nie mogło być lepszego wyniku niż remis 40:40.

Trzecie kwarta to już niemal wyłącznie kanonada z dystansu Polskiego Cukru. Skuteczna! Trzy kolejne, czyściutkie jak zła, trójki trafił Gibson, a chwilę po nim dwie z rzędu zaaplikował (słabo wcześniej grający) Michał Michalak. Czarni ratowali się dobra obroną, przechwytami i kontrami. Przed ostatnią kwartą „Pierniki” prowadziły jednym oczkiem.

Torunianie fenomenalnie ostatnią część zaczęli – czwartą swoją trójkę trafił odrodzony wreszcie Michalak, wejściem w stylu Stepha Curry’ego popisał się Gibson (fantastyczne 24 pkt. i 11 asyst w meczu) i… były to miłe złego początku.

Przełamanie Czarnych nastąpiło (jakże mogło być inaczej?) wraz z przełamaniem Blassingame’a. Najpierw „Kaszanka” trafił po raz pierwszy w meczu za 3 pkt., chwilę potem trafił trzy wolne po głupim faulu Gibsona i jeszcze poprawił to kolejną trójką! Przewaga gospodarzy urosła aż do 11 punktów (82:71) Polskieg Cukru po takim ciosie nie było co zbierać.

Prowadzeni przez swojego generała (11 asyst) Czarni w półfinale playoff poszukają szansy na sensację w starciach z hegemonem polskiej ligi Stelmetem Zielona Góra. Dla zbudowanego za pokaźne pieniądze zespołu z Torunia sezon skończył się rozczarowaniem.

Najciekawsze tweety