Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

Marta Dydek

Data urodzenia: 11.03.1982 (33)
Wzrost: 195 cm
Obywatelstwo: POL
Pozycja: center

REKLAMA

0,00 PUNKTÓW NA MECZ
0,00 ASYSTY NA MECZ

PRZEBIEG KARIERY


1997-2001 SMS PZKosz Warszawa
2001-2005 Universidad de Texas El Paso (USA)
2005-2007 Adecco Estudiantes (ESP)
2007-2009 Alvargómez (ESP)
- 2008-2009 Valls Vane Lafarge (ESP)

REKLAMA

0

PLK: Na zakończenie kolejki dogrywka

PLK | 04.03.2015 22:00

Na zakończenie 21. kolejki Tauron Basket Ligi Asseco Gdynia ograło Energę Czarnych Słupsk 84:79. 28 punktów i 9 asyst w zespole gospodarzy zanotował A.J Walton. 

Ostatnim meczem 21. kolejki Tauron Basket Ligi był pojedynek pomiędzy Asseco Gdynia a Energa Czarni Słupsk. Tym samym w Gdyńskiej Arenie starły się zespoły zajmujące odpowiednio szóstą i siódmą lokatę w TBL. Natomiast ewentualne zwycięstwo słupszczan spowodowałoby, że znacznie bardzie zbliżyliby się do czołowej piątki naszej ligi.    Początkowe minuty tego meczu były bardzo wyrównane. Jednak z czasem coraz większą przewagę zaczęli uzyskiwać gospodarze. Twarda obrona oraz błyskawiczne przechodzenie do ataku Asseco sprawiło, że ich prowadzenie systematycznie rosło. Od samego początku bardzo aktywny był Filip Matczak, który szybko uzbierał na swoim koncie siedem „oczek”. Natomiast pod koszem twardo walczyli Ovidijus Galdikas oraz Callistus Eziukwu. Ale środkowy słupszczan w przeciwieństwie do Litwina w swoich boiskowych poczynaniach był zupełnie osamotniony. Zupełnie bezbarwny był pierwszy strzelec Czarnych – Karol Gruszecki, który w całej pierwszej połowie nie zdobył nawet punktu. Na obwodzie zawodził także Jerel Blassingame. Amerykanin zamiast skupić się na grze wdawał się potyczki słowne z sędziami oraz rywalami. Tymczasem po drugiej stronie błyszczał A.J. Walton. Gwiazdor Asseco dość szybko powędrował na ławkę, bo w połowie pierwszej kwarty, ale po powrocie na parkiet był wręcz nie do zatrzymania. Absolwent uczelni Baylor w całej pierwszej połowie zanotował na swoim koncie aż 14 punktów i sześć asyst.    Po fatalnej pierwszej połowie drużyna Energa Czarni Słupsk wyszła na trzecią kwartę już dużo bardziej skoncentrowana. Goście w pierwszych minutach drugiej połowy szczególnie imponowali agresywną obroną, którą bez wątpienia zaskoczyli swoich przeciwników. Natomiast w ataku wciąż główną siłą Czarnych był Callistus Eziukwu, który świetnie odnajdywał się w walce podkoszowej. Jednak gospodarze dość szybko znaleźli sposób na lidera Czarnych. Asseco w każdej akcji faulowało środkowego rywali, a ten na linii rzutów wolnych przechodził prawdziwe katusze. Jednostronna i czytelna gra słupszczan ponownie się na nich zemściła. Po początkowej niemocy, kolejny raz ofensywę Asseco odblokował A.J. Walton, który swoich rywali ogrywał z dziecinną łatwością. Zaś pod koszem – nieoczekiwanie – uaktywnił się Jakub Parzeński. Lepsza gra żółto-niebieskich sprawiła, że przed ostatnią decydującą kwartą prowadzili oni 61:48.    W ostatniej kwarcie w poczynania obu ekip wdarło się sporo chaosu, który jednak znacznie sprzyjał drużynie przyjezdnej. Czarni skutecznie wykorzystywali kolejne straty Asseco. Po słabym początku w końcu na obwodzie swoje zadania spełniali Kyle Shiloh oraz Karol Gruszecki. Strzelecki duet słupszczan w całej drugiej połowie zdobył łącznie aż 31 punktów, z czego znaczą część w czwartej kwarcie. Natomiast heroiczna pogoń Czarnych – niespodziewanie – zaczęła przynosić efekt. W samej końcówce kluczowymi „trójkami” popisali się Jarosław Mokros, Kyle Shiloh oraz Drago Pasalić. Zaś w decydujących sekundach spotkania tylko jeden z dwóch rzutów wolnych trafił Walton. Przy dwupunktowym prowadzeniu gospodarzy na dziewięć sekund przed końcem zimną krwią wykazał się Shiloh. Rzucający obrońca gości minął po zasłonie pod kosz i bez skrupułów wykończył swój dwutakt. Tym samym doprowadzając do dogrywki.    Doliczony czas gry od niezwykle efektownych rzutów zza łuku rozpoczęli Przemysław Frasunkiewicz oraz Karol Gruszecki. Zaś po koszem ponownie ścierali się Ovidijus Galdikas i Callistius Eziukwu. Jednak w tej ekscytującej wymianie ciosów dużo lepiej odnajdywali się gospodarze. Swoim ogromnym doświadczeniem błysnął Frasunkiewicz. Popularny „Franz” trafił kolejną „trójkę”, a w obronie walczył jak za najlepszych lat swojej kariery. Ostatecznie Asseco Gdynia nie dało sobie wybrać tego niezwykle cennego zwycięstwa i szczęśliwie pokonało drużynę Energa Czarni Słupsk 84:79. Tym samym utrzymując swoją szóstą pozycję w tabeli Tauron Basket Ligi. 

Asseco Gdynia - Energa Czarni Słupsk 84 : 79

(19:13, 24:16, 18:19, 10:23)

 

0

Głos kibica: 11-latkowie nadzieją polskiego basketu

Młodzież | 04.03.2015 20:34

Na naszym portalu rozpoczynamy cykl: Głos kibica. Stwarzamy wam miejsce, w którym będziecie mogli podzielić się swoimi wrażeniami i opiniami z wszystkimi czytelnikami. Nurtuje Was jakiś temat? Skontaktujcie się z nami - redakcja@polskikosz.pl

Z każdej strony można usłyszeć o kryzysie polskiej koszykówki, o dalekim dystansie do popularności siatkówki czy piłki ręcznej. Obserwując komentarze i wypowiedzi włodarzy PLK i PZKosz, czy też działaczy lokalnych związków, wydaje się, że oni żyją w innym świecie i widzą zupełnie inną rzeczywistość. Są pełni przechwałek i przekonania, o tym że koszykówka w Polsce powoli staje się „sportem narodowym”.

Dlaczego zatem Andrzej Pluta zabrał swoje dzieciaki, aby je szkolić w Hiszpanii, dlaczego Adam Wójcik coraz głośniej mówi, że chętnie zrobiłby to samo? Patrzę na to zjawisko jako osoba mocno związana z koszykówką, choć poza wszelkimi strukturami, jako osoba, która kiedyś trenowala i grała, jako osoba zaangażowana w funkcjonowanie małych klubów z niewielkich ośrodków, w końcu jako ojciec dzieciaków na początku drogi sportowej. Nie mogę się nadziwić w jak dużym stopniu lokalne związki lekceważą rolę szkolenia i prowadzenia rozgrywek dla dzieci. Nie obserwuję w ogóle zainteresowania tymi najmniejszymi kategoriami wiekowymi, są one zepchnięte na margines uwagi. Gdyby nie zaangażowanie trenerów, tak naprawdę ludzi dla których koszykówka jest całym życiem, to jestem pewien, że żaden dzieciak z mniejszej miejscowości nie grałby w Skrzatach, ani Żakach.

Zdarzają się sytuacje, gdy na obsadę turnieju ligowego w Żakach przyjeżdża (często na 4 mecze) 2 sędziów niedługo po kursie i bez przygotowania do prowadzenia meczów dla dzieci. Gwiżdżą błędy 3 sekund, 5 sekund, 8 sekund, gestykulują kroki, błąd podwójnego kozłowania, błąd połowy, bez słowa wyjaśnienia, co dziecko zrobiło źle. To prowadzi do zniechęcenia być może przyszłego gwiazdora polskiej koszykówki. Znam masę takich przypadków, gdzie dziecko po dwóch takich meczach mówi: „to nie dla mnie, o co chodzi? przecież trzymałem piłkę, a sędzia mi ją kazał oddać”.

Znam przypadki ukarania młodego zawodnika faulem niesportowym czy technicznym, ponieważ trener kazał zabrać piłkę. Zgoda - może to popchnięcie nie miało wiele wspólnego z prawidłową postawą obronną, ale dziecko w wieku 10 -11 lat rozumie dosłownie, że trener kazał zabrać. Dlaczego sędzia nie tłumaczy dziecku każdej swojej decyzji ? Może dlatego że związek będzie z faulu technicznego miał kasę od klubu? Dlaczego związek każe klub karą finansową, bo trener, który prowadzi 3 kategorie wiekowe, z jedną z nich awansował do finału MP i musiał poprzekładać mecze w innej kategorii? Związek mający przedstawiciela w rozgrywkach na szczeblu krajowym nie wyraża zgody na przekładanie meczów i za walkowery pobiera kasę. Sorry, taki mamy klimat!

Można powiedzieć, że po co klub zgłaszał 3 kategorie do grania? Ale to pytanie może zadać tylko biurokrata liczący wpływy do kasy związku.
Co zatem zmienić, poprawić, by działało lepiej? Według mnie należy do minimum upraszczać przepisy dla najmłodszych kategorii wiekowych. Po co dziecku gwizdać 3 sekundy? Kiedy dziecko chce zdobyć punkty to widzi tylko kosz i chce do niego dorzucić, rzuca, zbiera, rzuca, zbiera, rzuca, zbiera kolega. W tej kategorii wiekowej nie ma miejsca na gwizdanie 3 sekund… 5 sekund - kolejny temat do niegwizdania, przecież sędzia może wyjąć gwizdek z ust i podpowiedzieć „musisz podać piłkę” i dopiero interweniować. 8 sekund, błąd podwójnego kozłowania czy błąd połowy również powinny być traktowane z dużą dozą zrozumienia. Organizowanie turniejów ligowych trwających często 6 godzin, też nie wydaje mi się słuszne. Zmęczenie, rozkojarzenie, brak warunków do zjedzenia posiłku. Jeżeli od dzieci wymagamy przestrzegania przepisów dla dorosłych, to również traktujmy ich ligę jak ligę dla dorosłych. Jeden mecz w jeden dzień.

Marzy mi się aby w kategoriach dla dzieci, sędziowali ludzie z przygotowaniem pedagogicznym, którzy podpowiedzą, będą partnerami dla trenerów w rozwoju koszykarskiego rzemiosła ich małych podopiecznych. Marzy mi się, że na meczu będzie jeden bardzo doświadczony sędzia i jeden, który będzie się uczył. Marzy mi się, że w każdym związku będzie delegat czy komisarz, który bez zapowiedzi pojedzie na jeden czy drugi mecz i oceni obiektywnie pracę sędziów, wystawi im noty, opisze materiał do pracy nad rozwojem lokalnej koszykówki. Może wyłapie małych koszykarzy i małe koszykarki z małych ośrodków (celowo użyłem trzy razy słowa małe), ale tych dających nadzieję na przyszłość polskiej koszykówce. Szczerze mówiąc to są tylko marzenia, ale poza wszelkimi wątpliwościami, one ciągle są i dobrze, bo kto przestaje marzyć - umiera.

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

Krótki oświadczenie Adama Wójcika: Zgadzam się z większością tez stawianych w artykule, ale słowa o "krzywdzeniu" naszego zespołu przez układ wielkomiejski nie należą do mnie.

0

Przedsprzedaż książki „Los Angeles Lakers. Złota historia NBA”

NBA | 04.03.2015 15:52

Szesnaście mistrzowskich tytułów i rekordowe 31 występów w wielkim finale. Świat koszykówki nie byłby tak fascynujący bez blisko 70-letniej historii Lakers. Właśnie wystartowała przedsprzedaż książki o tym zespole, zatytułowanej „Los Angeles Lakers. Złota historia NBA”, nad którą objęliśmy patronat medialny.

We współpracy z wydawnictwem SQN przygotowaliśmy specjalny kod rabatowy dla czytelników naszego portalu do wykorzystania na www.labotiga.pl/lakers.

- z kodem KOSZLAKERS rabat -25% od ceny okładkowej (ważny do dnia premiery – 18 marca)
- cena po obniżce: 29,93 zł
- wysyłka 17 marca

O książce:

Legendarni zawodnicy: Kobe Bryant, Shaquille O’Neal, Magic Johnson, Kareem Abdul-Jabbar, Wilt Chamberlain, Jerry West, George Mikan. Wspaniali trenerzy: Pat Riley i Phil Jackson. 16 tytułów mistrzowskich i rekordowe 31 występów w wielkim finale. A wszystko to dzięki pieniądzom biznesmena z Ostrowca Świętokrzyskiego…  Świat koszykówki nie byłby tak fascynujący bez blisko 70-letniej historii Los Angeles Lakers. Marcin Harasimowicz towarzyszył drużynie przez kilka ostatnich sezonów. Stworzył pełną anegdot opowieść o dziejach zespołu, jego gwiazdach i największych rywalach.
Dlaczego do George’a Mikana strzelano podczas meczu? Jak to możliwe, że jeden z zawodników Boston Celtics brał narkotyki, nawet siedząc na ławce rezerwowych? Który z Jeziorowców dorabiał, pracując w kancelarii prawniczej, a który miał stanąć do walki w ringu z samym Muhammadem Alim?
Ekscytująca podróż za kulisy wielkiego świata NBA. Ekskluzywne wywiady z legendami Lakers i czołowymi dziennikarzami sportowymi ze Stanów Zjednoczonych. I liczne, często zaskakujące, polskie wątki. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana koszykówki!

Tytuł: „Los Angeles Lakers. Złota historia NBA”
Autor: Marcin Harasimowicz
Liczba stron: 336 + 8 stron wkładka zdjęciowa
Wydawnictwo: SQN
Data premiery: 18.03.2015 r.
Cena okładkowa: 39,90 zł
Format: 150 x 215
ISBN:  978-83-7924-365-5

Fragment książki:

W latach 50. koszykarskie spektakle wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Mecze wyjazdowe, rozgrywane w wyjątkowo wrogiej atmosferze, były często koszmarem dla zawodników. Za najtrudniejsze miejsce powszechnie uważano Fort Wayne. Pięć i pół tysiąca kibiców wykrzykiwało tam najgorsze przekleństwa, a jeden z nich, potężnych rozmiarów fanatyk miejscowej drużyny nazywany Dusicielem, specjalizował się w tym, że podczas rozgrzewki podchodził do jednego z koszykarzy rywali, a następnie przyduszał go w żelaznym uścisku ramion. Czasem, gdy wypatrzył ofiarę na drugim końcu parkietu, biegł, krzycząc: „Mam cię, śmierdziuchu!”, po czym podnosił nieszczęśnika za gardło i trzymał przez kilka sekund w górze. Ostatecznie jednak trafiła kosa na kamień. W trakcie meczu z Celtics potężny Jim Loscutoff wziął go za kark, a następnie zawołał kolegów z drużyny. Po dłuższej chwili Dusiciel, zakrwawiony i z podbitym okiem, jak niepyszny kierował się pospiesznie ku wyjściu.

Tuż obok tunelu, którym zawodnicy wychodzili na parkiet, siadała natomiast korpulentna starsza pani Ma Collins, która – gdy tylko któryś z zawodników przeciwnej drużyny przebiegał obok – biła go skórzaną torebką po głowie, dosadnie go przy tym wyzywając. Szczególnie upodobała sobie Mikana. Ich wzajemne pojedynki słowne stały się dodatkową atrakcją spotkań pomiędzy ekipami Pistons i Lakers. Gdy jednak Collins umierała na raka, Mikan zjawił się w szpitalu i towarzyszył jej w ostatnich chwilach życia. „Z upływem czasu staliśmy się przyjaciółmi. Kiedy rozmawiałem z nią w szpitalu, powiedziała: »George, my tak naprawdę zawsze was lubiliśmy. Tyle że nasz zespół lubiliśmy trochę bardziej«.

Zdarzały się jednak bardziej kłopotliwe sytuacje. Podczas jednego ze spotkań Mikan poczuł ukłucie w nodze. Po chwili kolejne – gdy stanął na linii rzutów wolnych przy wyniku remisowym. „Pszczoły w środku hali? To niemożliwe!”, zastanawiał się center Lakers. Wtedy jednak dostrzegł w jednym z pierwszych rzędów kibica celującego do niego z pistoletu śrutowego. „Panie sędzio, strzelają do mnie!”, krzyknął wystraszony, ale sędzia tylko uśmiechnął się pod nosem. Wiele lat później Mikan pisał, że śrut z tamtego wydarzenia nadal znajduje się w jego nodze, tylko przesunął się wyżej, pod kolano. Innego razu tuż obok głowy Mikana oraz Martina przeleciał grzejnik, który pomysłowy kibic Pistons odkręcił od ściany. „Gdy rzuciłeś się po bezpańską piłkę i lądowałeś w pobliżu kibiców – nie wracałeś na parkiet bez kilku siniaków. Miejscowi fani szczypali cię, przypalali papierosami, używali obcinaków do paznokci, szarpali za włosy, rzucali papierowymi kubkami…”, pisał Mikan w swojej autobiografii. Nic dziwnego, że w halach w Syracuse i Oshkosh parkiet był oddzielony od rzędów dla publiczności grubymi linami, identycznie jak w walkach bokserskich.

W sezonie 1949/50 Lakers grali w Rochester i w pewnym momencie Jim Pollard został brutalnie powalony na ziemię podczas wejścia pod kosz, a arbiter odgwizdał rzut sędziowski. Mikan, kapitan drużyny, wpadł w furię, zaczął mocno protestować i gestykulować. Chwilę później nóż kuchenny przeleciał obok jego nosa, wbił się w parkiet i zaczął chybotać. „Wtedy aż zacząłem trząść się ze strachu!”, wspominał center Lakers, który o całym wydarzeniu nazajutrz poinformował dziennikarzy. W odpowiedzi kilka dni później otrzymał pocztą przesyłkę od anonimowego fana Royals, która zawierała nóż z nazwiskiem Mikana napisanym na rączce i przywieszoną z boku karteczką: „Teraz sam musisz dokończyć dzieła”. Minęły kolejne dni, a lider Lakers odebrał następną przesyłkę. Tym razem w środku znajdowało się dziesięć żyletek, z których każda zawierała dopisane ogłoszenie pogrzebowe z nazwiskiem jednego z zawodników.

Najciekawsze tweety