Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

Dee Bost – to luksus mieć takiego zmiennika

27.05.2016 13:41

Nikt tak nie zagrał w finale od czasów Qyntela Woodsa – Dee Bost zaliczył 26 punktów, 6 asyst, 6 zbiórek i w najważniejszych momentach meczu ratował Stelmet Zielona Góra.

Dee Bost regularnie wychodzi w meczach Stelmetu z ławki, miejsce w pierwszej piątce na dwójce zajmuje zazwyczaj Przemysław Zamojski. Amerykanin w pierwszym meczu finału grał jednak aż tak dobrze, że to jego na drugą połowę trener Filipovski wypuścił w pierwszym składzie i trzymał łącznie na boisku aż 37 minut.

Amerykanin w czwartek był kluczową dla wygranej Stelmetu postacią przynajmniej z kilku powodów. Jego energia (rzuty i podania) pozwoliła gospodarzom zbudować przewagę na początku meczu. To on trafiał z dystansu w odpowiedzi na szalone rzuty Michała Sokołowskiego w czwartej kwarcie, ratując dogrywkę dla swojego zespołu. Imponował też grą w roli rozgrywającego – popisując się przytomnymi i efektownymi asystami.

Znaczenia i wszystkich zasług Bosta nie widać tylko w statystykach. To on w dużej mierze odpowiada za kiepską skuteczność z gry Toreya Thomasa. I jak niewielu graczy potrafi się odnaleźć w teoretycznie beznadziejnej sytuacji, by zebrać kluczową piłkę w ataku i łatwymi punktami podciąć skrzydła rywalowi.

Dee Bost zaliczył 26 punktów, 6 zbióerek i 6 asyst Ostatni raz taką "linijkę" w finałach miał Qyntel Woods w sezonie 2008/09 – podali po meczu statystycy z Pulsu Basketu. Amerykanin imponuje formą od początku playoff i przy dość wyciszonym Mateuszu Ponitce jest w tym momencie najgroźniejszym ofensywnie graczem mistrza Polski. I zapewne to z nim obrona Rosy znów będzie miała olbrzymie problemy w finałowym meczu numer 2.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

(Fot. A. Romański, plk.pl)

Zielona Góra – sędziowie znów to zrobili

PLK | 27.05.2016 10:37

Pierwszy mecz Stelmetu z Rosą był podobny do pierwszego spotkania z Czarnymi – mieliśmy wielkie sportowe emocje i bardzo słabą pracę sędziów.

Po pierwszym meczu finału znów zawrzało wśród kibiców w całej Polsce. Błędy sędziów w kluczowych momentach meczu Stelmet – Rosa były tak oczywiste, że wprost mówili o nich nawet komentatorzy Polsatu Sport News, zazwyczaj bardzo ostrożni w swoich ocenach.

Naszym zdaniem wszystko jest kwestią przypadku i po prostu gorszej dyspozycji arbitrów. Jednak pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że równie kiepska forma przytrafiła się już niedawno sędziom w Zielonej Górze – w trakcie pierwszego meczu półfinałowego z Energą Czarnymi Słupsk. Również wówczas kibice wrzeli z oburzenia na rażące pomyłki. Napisaliśmy wówczas, że wyniku spotkania to nie wypaczyło. Czarni byli wówczas dalej od wygranej niż w czwartek Rosa, ale skali skandalu to nie zmienia.

Bez dostępu do powtórek – chcąc być fair – nie możemy przeanalizować wszystkich sytuacji, ale kilka przykładów należy wymienić. Na pewno jest nim zamieszczona w telewizyjnym skrócie spotkania akcja Toreya Thomasa – na 2 sekundy przed końcem pierwszej dogrywki. Nie odgwizdano przewinienia przy remisie, choć kontakt obrońcy (Łukasz Koszarek) był ewidentny, a wcześniej w trakcie spotkania takie zdarzenia uznawano za faul (np. sytuacja Dee Bost - Sejd Hajrić).

- Muszę zobaczyć tę akcję na wideo. Kontakt z pewnością był, ale trudno mi w tej chwili cokolwiek więcej powiedzieć - mówił tuż po meczu Koszarek przed kamerą Polsatu. A kibice nie mają też wątpliwości, że po wybuchu emocji i pretensjach do sędziów, kapitan Stelmetu powinien zostać ukarany drugim przewinieniem technicznym, skoro po pierwszym wcale nie przestał się awanturować.

Trudno jednak pisać o teoriach spiskowych, sędziowie robili też błędy na korzyść Rosy (choć nie tak spektakularne). Trener Wojciech Kamiński pokazał po meczu klasę mówiąc na konferencji o zaufaniu do najlepszych sędziów w Polsce i braku pretensji. Jednak po tym meczu goście mają prawo czuć się mocno rozgoryczeni. Sędziowie pierwszego spotkania po prostu nie dostosowali się poziomem do finału PLK. Co na to liga?

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Tomasz „Fijołek” Fijałkowski/Rosa Radom

Michał Sokołowski nad Mateuszem Ponitką

PLK | 27.05.2016 07:52

W pierwszym meczu finału PLK skrzydłowy Stelmetu zrobił wiele pożytecznych rzeczy, ale nie wziął na siebie ciężaru gry. Jego rywal z Rosy - przeciwnie. Znów zagrał jak lider.

Rywalizacja Ponitki z Sokołowskim, to jeden ze smaczków finału - gracz Stelmetu jest jednym z czołowych polskich koszykarzy, skrzydłowy Rosy walczy o miejsce w reprezentacji i powinien je osiągnąć. Nie ma wątpliwości, że lepszym graczem jest mający doświadczenie z Euroligi i EuroBasketu Ponitka, ale gołym okiem widać też, że to Sokołowski jest ostatnio w wyjątkowej formie. Gracz Rosy udowodnił to w czwartek, rozgrywając lepszy mecz niż Ponitka.

„Sokół” znów zagrał jak prawdziwy lider. Po tym, jak w półfinale z Anwilem notował średnio 19.7 pkt. (47% z gry), miał po 5 zbiórek i 2.7 asysty, w pierwszym meczu w Zielonej Górze zdobył 23 punkty, 7 zbiórek, 3 asysty i 3 przechwyty, wymusił 9 fauli. Nie przeszkodziła mu kuriozalna akcja, w której wybił piłkę z kosza głową przy próbie wsadu, nie wybiły go z rytmu początkowe pudła z wolnych. W sumie z linii miał 8/11, a większość rzutów oddał w ważnych momentach.

Sokołowski szczególnie błysnął w czwartej kwarcie i w dogrywkach, w których rzucił 16 ze swoich 23 punktów. Trafiał z dystansu, zachował zimną krew na linii wolnych, potrafił ograć Ponitkę tyłem do kosza, dobrze spisywał się też w obronie przeciwko MVP ligi. Gdyby Rosa mecz w Zielonej Górze wygrała, Sokołowski byłby jej bohaterem obok Torey’a Thomasa, który rozpoczął zryw w 30. minucie.

O Ponitce trudno napisać, że zawiódł, ale spodziewaliśmy się po nim większej roli w ataku, częstszego brania odpowiedzialności, skuteczniejszej gry. Jego rola w Stelmecie, w którym dobre momenty mieli także Dee Bost, Łukasz Koszarek czy Vlad Moldoveanu, jest inna niż Sokołowskiego w Rosie. Momenty, w których Ponitka próbował pociągnąć zespół, były jednak rzadkie. A kiedy się zdarzały, efektów nie było.

MVP sezonu zdobył tylko 6 punktów, miał 2/9 z gry i nie chodzi nawet o pudła w ostatnich sekundach czwartej kwarty i pierwszej dogrywki. To były trudne, sytuacyjne rzuty. Ponitka pudłował także te łatwiejsze, z dystansu miał 0/5, nie rozbijał obrony Rosy wejściami, wymusił tylko 2 faule.

Sam jednak w obronie grał świetnie - Ponitka miał aż 14 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki. Szczególnie w końcówce meczu udało mu się kilka razy przerwać akcje rozpędzającej się Rosy. Ponitka po raz kolejny udowodnił, że mając słabszy dzień w ataku, potrafi pomóc drużynie na wiele sposobów. To też ważna umiejętności.

W finale jest zatem 1:0 dla Stelmetu i to wynik najważniejszy - obrońcy tytułu zdołali wygrać pomimo słabszego ofensywnie występu Ponitki i bardzo dobrej gry lidera rywali. W reprezentacyjnej hierarchii skrzydłowych nic się nie zmieniło, być może się w ogóle nie zmieni. Ale w pierwszym meczu to Sokołowski leciał nad Ponitką, a nie odwrotnie.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Najciekawsze tweety