Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

2L

Basket Kwidzyn

Prezes: Andrzej Górnikiewicz
Barwy: Biało-Czerwono-Czarne
Trener: Paweł Mrozik
Internet: www.basketkwidzyn.pl
Adres: 82-500 Kwidzyn, ul. Mickiewicza 56B
Tel.-Fax: 055-261-54-36
E-mail: mtsbasket@neostrada.pl
Hala: 82-500 Kwidzyn, ul. Mickiewicza 56B

REKLAMA

0 WYGRANYCH

STATYSTYKI

Średnie zdobywane: 0
Średnie tracone: 0
Najmniej zdobytych: 0
Najwięcej straconych: 0
Najwięcej zdobytych: 0
Najmniej straconych: 0

ZAWODNICY

Zawodnik Wzrost Wiek Pozycja Kraj
Drewa Jarosław 201 cm 30 skrzydłowy POL
Drewa Marek 188 cm 24 obrońca
Drozd Jarosław 201 cm 30 skrzydłowy POL
Kazimierski Kamil --- 22 obrońca POL
Konare Brahima 206 cm 40 skrzydłowy SEN-POL
Krupa Paweł 197 cm 22 skrzydłowy POL
Mielnik Krzysztof 194 cm 26 obrońca POL
Nalepa Grzegorz 192 cm 22 obrońca POL
Strzelczyk Mateusz 189 cm 22 obrońca POL
Wilczewski Tomasz 182 cm 29 obrońca POL
0

Euroliga: Czy CSKA bez Teodosicia da radę Panathinaikosowi? (przed ćwierćfinałem)

Euroliga | 15.04.2014 21:25

Jeśli Panathinaikos Ateny chce awansować do Final Four to musi wygrać jedno z dwóch pierwszych (a może oba?) spotkań z CSKA w Moskwie.

Często przy okazji serii w formacie 2-2-1 zwykło się powtarzać powyższe stwierdzenie, ale tym razem jest ono o tyle adekwatne, że w najbliższych dniach na pewno w składzie CSKA zabraknie Milosa Teodosicia. Podstawowy rozgrywający i jedna z gwiazd moskiewskiej drużyny pauzuje z powodu urazu łydki i przechodzi rehabilitację w... Tel Awiwie. Teodosić w obecnym sezonie prezentował gorszą formę niż w poprzednim, ale to i tak mózg CSKA. Pod jego nieobecność zespół dowodzony przez lepszego defensora Aarona Jacksona wygrał co prawda 3 z 4 spotkań, ale przegrał gładko w Madrycie z Realem, czyli zespołem z tej najwyższej półki. A przecież wcześniej potrafił pokonać Królewskich u siebie, podobnie było z Barceloną.

Czy jednak Panathinaikos to w obecnych rozgrywkach zespół z samego topu? Tutaj można mieć wątpliwości, a decyzja o powierzeniu roli pierwszego szkoleniowca boiskowej legendzie Fragiskosowi Alvertisowi była bardzo ryzykowna. Zielone Koniczynki z nowym trenerem wykonały plan minimum, czyli awans do ćwierćfinału, ale porażka w ostatnim meczu z Olympiakosem Pireus i klęska w Barcelonie to znak, że nie wszystko funkcjonuje tak, jak należy. W składzie nie brakuje zawodników chętnie mających piłkę w rękach na obwodzie, można nawet powiedzieć, że jest ich nadmiar – bo tak najchętniej graliby Roko Ukić, Dimitris Diamantidis, Zach Wright, Ramel Curry. Nie brakuje strzelców na skrzydłach i mobilnych podkoszowych, ale może brakować typowego środkowego.

Jedynym klasycznym centrem jest Loukas Mavrokefalides, który większą część sezonu spędził na końcu ławki rezerwowych. Gdy jednak wychodzi na boisko, to wykorzystuje szansę znakomicie. Ostatni mecz w Pireusie tylko to potwierdza. Zdobył 17 punktów w 18 minut, trafił wszystkie 7 rzutów i pewnie trochę nastraszył korespondencyjnie Nenada Krsticia. Serb z roku na rok notuje coraz gorsze statystyki, ale to nadal podkoszowa ostoja CSKA i postać, która zasługuje na najwięcej uwagi. Ale nawet gdy siedzi na ławce rezerwowych, to trener Ettore Messina może pozwolić sobie na posiadanie giganta pod obręczą, konkretnie Saszy Kauna.



Z marketingowego punktu widzenia ta para wydaje się najciekawsza, chyba nawet bardziej niż Real – Olympiakos będący rewanżem za ubiegłoroczny finał. Wszystko dlatego, że CSKA i Panathinaikos to dwie wielkie firmy, które w Final Four udział brały w sumie 23 razy, a ostatni taki turniej bez Czerwonej Armii lub Zielonych Koniczynek odbył się w 1999 roku. W XXI wieku CSKA i Panathinaikos zdobyły w sumie 6 tytułów najlepszej drużyny w Europie. Teraz niezależnie od tego, kto wygra w ćwierćfinale wydaje się mało realne. Ale to już temat do analizy za kilkanaście dni...

CSKA:

Aaron Jackson
Sonny Weems
Wiktor Chriapa
Kyle Hines
Nenad Krstić

Rezerwowi: Jeremy Pargo, Witalij Fridzon, Vladimir Micov, Andriej Woroncewicz, Aleksiej Zozulin, Sasza Kaun

Panathinaikos:

Roko Leni Ukić
Dimitris Diamantidis
Jonas Maciulis
Antonis Fotsis
Stephane Lasme


Rezerwowi: Zach Wright, Ramel Curry, Michael Bramos, Nikos Pappas, James Gist, Loukas Mavrokefalides, Mike Batiste

Nasz typ: 3:2 dla CSKA

0

Euroliga: Armani - Maccabi bez faworyta (przed ćwierćfinałem)

Euroliga | 15.04.2014 21:14

Największa rewelacja obecnego sezonu Euroligi ma szansę zagrać w Final Four przed własną publicznością, ale najpierw musi uporać się z potentatem z Tel Awiwu.

Drużyny z Włoch w wielkim finale nie było od dekady, a zespołu z Mediolanu w najlepszej czwórce od 1992 roku. Ciekawe, czy to przypadek, że właśnie wtedy urodził się Alessandro Gentile, jedna z gwiazd obecnej ekipy, syn byłego świetnego koszykarza Nando Gentilego. 22-latek wraz z Nicolo Mellim, pozyskanym przed drugą fazą Danielem Hackettem i wykonującym świetną pracę Luką Banchim sprawia, że zespół ze światowej stolicy mody już nie kojarzy się z gromadą radośnie biegających Amerykanów. Gentile zdobywa średnio prawie 12 punktów w meczu i potrafił wziąć zespół na swoje barki pod nieobecność kontuzjowanego lidera Keitha Langforda. Oczywiście Armani to nie tylko Włosi, ale także obcokrajowcy, a graczy z USA nie brakuje – Langford, David Moss, mający kongijski paszport C.J. Wallace to bardzo ważne postaci mające swój wkład w serię zwyciestw, która zmieniła ten sezon i postrzeganie mediolańczyków.

Do Top 16 Armani awansował z bilansem 5-5, a drugą rundę rozpoczęło nadspodziewanie dobrze gromiąc zwycięzcę poprzedniej edycji Olympiakos Pireus. Po sześciu kolejkach włoska ekipa miała jednak bilans 3-3 i mało kto wierzył, że jest w stanie wypchnąć za burtę Panathinaikos Ateny, Fenerbahce Stambuł lub wspomniany Olympiakos. Tymczasem okazało się, że długo przed końcem Top 16 drużyna z Mediolanu miała już zapewniony udział w ćwierćfinale, a reszta musiała o niego walczyć. Od 20 lutego do 2 kwietnia Armani wygrał 7 kolejnych spotkań kończąc ten znakomity okres pogromem Barcelony. Owszem, w tym ostatnim meczu Katalończycy grali już „o nic”, ale wynik 91:63 i tak robił wrażenie.

Sytuacja Maccabi w tym sezonie wyglądała zupełnie inaczej. Rundę zasadniczą przebrnęło bez problemów z tylko dwoma porażkami, Top 16 zaczęło od czterech wygranych. Podopieczni Davida Blatta wyglądali na ekipę zawieszoną w próżni między duetem potentatów z Moskwy i Madrytu a resztą stawki. Pomijając mecze z najlepszymi mogli pochwalić się także bilansem 8-2. Maccabi imponuje bardzo wyrównanym składem – 9 graczy (m.in. kontuzjowany obecnie Shawn James) zdobywało średnio między 6.3 a 11.3 punktu, a w tym gronie nie ma... pierwszopiątkowego rozgrywającego Yogeva Ohayona. Mnogość opcji i rozwiazań ofensywnych tego zespołu jest aż zadziwiająca.



Pod koszem ciekawe będzie w rywalizacji dwóch panów SS – Samardo Samuelsa z Sofoklisem Schortsanitisem, w tle fani z Polski pewnie będą trzymać kciuki za znanego z Zielonej Góry Ganiego Lawala. Jeśli mielibyśmy wskazać jednego gracza, który najbardziej będzie elektryzował kibiców po obu stronach w tej serii to byłby to z pewnością Keith Langford. Prezentujący życiową formę (średnio 17.6 punktu) – przynajmniej przed kontuzją – Amerykanin jeszcze dwa lata temu był gwiazdą Maccabi prowadzonego przez tego samego trenera Blatta i mającego w składzie kilku zawodników z obecnej ekipy. Wtedy jego zespół znalazł się o krok od awansu do Final Four, ale ostatecznie przegrał 85:86 w decydującym piątym ćwierćfinałowym spotkaniu z Panathinaikosem Ateny. Teraz równie pasjonująca i dramatyczna seria nie jest wykluczona, bo patrząc na dotychczasowe rezultaty, składy, trenerów, dyspozycję trudno wskazać faworyta. 

EA7 Emporio Armani:

Keith Langford
Alessandro Gentile
Davis Moss
Nicolo Melli
Samardo Samuels


Rezerwowi: Daniel Hackett, Curtis Jerrells, Bruno Cerella, Kristjan Kangur, C.J. Wallace, Gani Lawal, Mohamed Toure

Maccabi:

Yogev Ohayon
Ricky Hickman
Devin Smith
Guy Pnini
Sofoklis Schortsanitis


Rezerwowi: Tyrese Rice, Joe Ingles, David Blu, Sylven Landesberg, Alex Tyus, Andrija Zizić

Nasz typ: 3:2 dla EA7 Emporio Armani

0

NBA: Wizards pokonują mistrzów, Suns poza ósemką!

NBA | 15.04.2014 11:54

Zespół Washington Wizards pokonał aktualnych mistrzów NBA, ekipę Miami Heat. Natomiast po bardzo zaciętym meczu z marzeniami o fazie play-off musiła pożegnać się drużyna Phoenix Suns. 

Miami Heat do przed ostatniego meczu w sezonie zasadniczym przystąpili mocno osłabieni, bowiem w ich barwach brakowało: Lebrona Jamesa oraz Chrisa Bosha. Natomiast w spotkaniu wystąpił mający ostatnio problemy z drobnymi urazami Dwyane Wade. Brak podstawowych zawodników świadczy o tym, że drużyna Żaru porzuciła już walkę o fotel lidera Konferencji Wschodniej i stara się jak najlepiej zregenerować siły przed fazą play-off.

Tymczasem Wizards do pojedynku przystąpili dużo bardziej zmobilizowani. Gospodarze zwycięstwem mogliby zapewnić sobie 6. miejsce w fazie play-off, a wygrana nad aktualnymi mistrzami NBA była dodatkową gratką.

Spotkanie od pierwszych minut było prowadzone w mocno ospałym tempie. Zarówno jeden, jak i drugi zespół zbytnio nie zawracał sobie głowy obroną. Ekonomiczne tempo dużo bardziej odpowiadało gościom, którzy po prostu chcieli rozgrać ten mecz. Zmiana obrazu gry nastąpiła w drugiej kwarcie. Zawodnicy Wizards widocznie zwietrzyli swoją szansę na pokonanie mistrzów NBA tuż przed fazą play-off. Gospodarze w znaczącym stopniu wzmocnili swoją obronę, a w ataku starali się jak najczęściej przyśpieszać swoje akcje. Znakomitą zmianę w ich barwach dał Andre Miller, który świetnie prowadził swój zespół. Tym samym przewaga Wizards systematycznie wzrastała sięgając już nawet 20 punktów. Ostatecznie po 24 minutach rywalizacji w hali w stolicy Stanów Zjednoczonych widniał wynik 70:48 dla tamtejszych Czarodziei.

W drugiej połowie obraz meczu niewiele uległ zmianie. Natomiast gospodarze na trzecią kwartę wyszli niezwykle zmobilizowani jeszcze powiększając swoją przewagę. Wizards dzięki swojej bardzo dobrej grze, a raczej fatalnej przeciwnika prowadzili przed ostatnią decydującą odsłoną meczu 98:65, wręcz zapewniając sobie zwycięstwo. Ostatecznie ekipa Washington Wizards pokonała na własnym parkiecie Miami Heat 114:93, tym samym zapewniając sobie 6. miejsce w Konferencji Wschodniej.

Główną siłą Czarodziei w tym meczu był rzuty trzypunktowe, bowiem zaaplikowali oni swoim rywalom aż 14 „trójek”, z czego aż 10 w pierwszej połowie. Wizards na przestrzeni całego spotkania zanotowali również aż 42 zbiórki i 36 asyst. Natomiast najlepszym ich strzelcem okazał się Trevor Ariza, który zdobył 25 punktów oraz miał 3 zbiórki, 3 przechwyty i 2 asysty. Świetnie zaprezentował się również Marcin Gortat. Reprezentant Polski uzbierał na swoim koncie 13 punktów (5/9 z gry), 10 zbiórek, asystę oraz blok w 23 minuty. Dobry powrót po kontuzji zanotował Nene Hilario. Brazylijczyk był najlepszym rezerwowym swojego zespołu z dorobkiem 18 punktów (8/12 z gry), 4 zbiórek, 2 asyst, przechwytu i bloku.

Natomiast w zespole aktualnych mistrzów NBA najlepiej punktował Micheal Beasley, który uzbierał na swoim koncie 18 punktów, 5 zbiórek, 3 asysty, przechwyt i blok. Przyzwoicie zaprezentował się również trochę zapomniany w rotacji – James Jones, który miał 11 „oczek”.

Washington Wizards - Miami Heat 114 : 93

(27:26, 43:22, 28:17, 16:28)

Zdecydowanie najlepiej zapowiadającym się pojedynkiem minionej nocy na parkietach NBA był mecz Phoenix Suns z Memphis Grizzlies. Ponieważ spotkanie te było decydujące w aspekcie awansu do pierwszej „ósemki” na zachodzie.

Zdecydowanie lepiej mecz rozpoczęli goście, którzy wygrali pierwszą kwartę 14:24, pokazując w tej części gry kawał niezłej obrony. Jednak Słońca nie zamierzały się tak łatwo poddawać i w kolejnych minutach w znaczącym stopniu polepszyli swoją grę, zarówno w ataku, jak i w obronie. Gospodarze systematycznie odrabiali straty, by w połowie trzeciej kwarty wyrównać stan rywalizacji po 61. I właśnie wtedy spotkanie rozkręciło się na dobre, a na parkiecie mogliśmy obserwować efektowną wymianę ciosów.

Suns o tyle się rozkręcili, że na 4 minuty przed końcem po punktach Markeffa Morrisa z pod kosza wyszli na prowadzenie 83:81. Jednakże przy stanie 91:90 na niespełna minutę przed końcem fatalną stratę zanotował Słoweniec – Goran Dragić, który tym samym zaprzepaścił szanse Słońc na fazę play-off. Natomiast z drugiej strony bezbłędny był lider Grizzlies – Zach Randolph, który zapewnił swojej drużynie zwycięstwo. Ostatecznie Phoenix Suns przegrali na własnym parkiecie z Memphis Grizzlies 97:91.

Bohaterem meczu okazał się Zach Randolph. Popularny Z-Boo uzbierał na swoim koncie 32 punkty, 9 zbiórek, 2 asysty oraz przechwyt. Doskonale swojego lidera pod koszem wspierał Marc Gasol, autor 18 punktów, 8 zbiórek, asysty i przechwytu. Rewelacyjnie zaprezentował się również weteran Mike Miller. Rezerwowy Grizzlies zdobył 21 „oczek” (5/6 za trzy).

W przegranym zespole najlepiej punktował inny rezerwowy – Markeff Morris autor 21 punktów, 3 bloków, 2 zbiórek, asysty oraz przechwytu. Natomiast po 14 „oczek” zdobyli Goran Dragić i Channing Frye.

Phoenix Suns - Memphis Grizzlies 91 : 97

(14:24, 28:22, 25:21, 24:30)

Tymczasem do sporej niespodzianki doszło w Nowym Orleanie, gdzie miejscowi Pelicans pokonali aktualnie drugą siłę Konferencji Zachodniej. Zespół Oklahoma City Thunder przez większość meczu prezentowali dość ekonomiczną koszykówkę. O wyniku pojedynku zadecydowała ostatnia kwarta, którą wygrali gospodarze 31:20, a cały pojedynek 101:89.

Fenomenalne spotkania w barwach Pelicans rozegrał Tyreke Evans, który uzbierał na swoim koncie 41 punktów, 9 zbiórek, 8 asyst oraz 3 przechwyty. Tym samym wręcz w pojedynkę pokonując faworyzowanego przeciwnika.  

W zespole Thunder standardowo najlepiej punktował Kevin Durant, który miał na swoim koncie 25 punktów, 7 zbiórek i 6 asyst. Natomiast z double-double w postaci 22 punktów i 16 zbiórek mecz ukończył Serge Ibaka.

New Orleans Pelicans - Oklahoma City Thunder 101 : 89

(23:21, 22:25, 25:23, 31:20)

Philadelphia 76ers - Boston Celtics 113 : 108

(33:33, 34:17, 19:34, 27:24)

Toronto Raptors - Milwaukee Bucks 110 : 100

(32:19, 27:27, 25:23, 26:31)

Atlanta Hawks - Charlotte Bobcats 93 : 95

(24:26, 26:18, 30:21, 13:30)

Chicago Bulls - Orlando Magic 108 : 95

(26:21, 31:23, 24:26, 27:25)

Houston Rockets - San Antonio Spurs 104 : 98

(30:21, 20:22, 26:25, 28:30)

Utah Jazz - Los Angeles Lakers 104 : 119

(30:23, 21:34, 35:29, 18:33)

Golden State Warriors - Minnesota Timberwolves 130 : 120

(28:42, 34:22, 35:28, 33:28)

 

  

Najciekawsze tweety