Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

REKLAMA

Michał Michalak – sezon próby w Zgorzelcu

PLK | 24.08.2016 11:57

Turów potwierdził pogłoski krążące po środowisku od kilku tygodni– nowym rzucającym drużyny został Michał Michalak, z którym podpisano roczną umowę.

Michał Michalak (197 cm) ma dopiero 23 lata, ale jest już doświadczonym ligowcem - gra w PGE Turowie Zgorzelec będzie dla niego szóstym sezonem w ekstraklasie. Od rozgrywek 2011/12 reprezentował barwy ŁKS, Politechniki Warszawskiej, Trefla Sopot (trzy sezony) i ostatnio Polskiego Cukru Toruń. Wszędzie miewał pojedyncze, świetne mecze, ale wszędzie też brakowało regularności i stabilności.

Sezonów było już kilka, ale raczej nie było jeszcze przełomu na miarę oczekiwań. Wśród nadziei rocznika 1993, Michalaka wymieniano kiedyś w jednej linijce z Mateuszem Ponitką i Przemysławem Karnowskim. Dziś nie tylko ci gracze są ze swoimi karierami na zupełnie innym poziomie, ale także inni rówieśnicy (np. Tomasz Gielo i Filip Matczak) cenieni są wyżej. Dla Michalaka będzie to więc dobra okazja, aby udowodnić, że jednak potrafi sprostać oczekiwaniom, które wiązano z jego nazwiskiem.

W ubiegłym sezonie w Toruniu Michalak grał średnio ponad 25 minut na mecz, notując 10.1 pkt i 3.6 zbiórki. Jego skuteczność nie była oszałamiająca – 42.2% z gry, 36.9% rzutów za 3 punkty. Różnie też oceniano jego podejście do poukładanej, zespołowej gry w ataku. Na więcej liczą zapewne nie tylko w Zgorzelcu, ale także w sztabie reprezentacji - pod kątem następnych lat. Sezon w Turowie będzie być może ostatnią szansą, aby na dobre zamknąć usta krytykom.

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl

Portland Trail Blazers 2016/17 –360 milionów w jedno lato!

NBA | 24.08.2016 10:30

Rok temu wydawało się, że będą na skraju przepaści, ale Blazers nie tylko spadli na cztery łapy, a wręcz stali się jedną z większych niespodzianek minionego sezonu. Działacze klubu musieli być pod wrażeniem, skoro na utrzymanie trzonu drużyny i delikatne wzmocnienia wydali w te wakacje ponad 360 milionów dolarów.

Najważniejsza zmiana:
Zmian mieliśmy w Portland jak na lekarstwo, ale te kosmetyczne zabiegi mogą okazać się bardzo wartościowe. W składzie nie ma już chociażby Geralda Hendersona, który wybrał opiewającą na 18 milionów ofertę Philadelphia 76ers, i pozostającego na rynku wolnych agentów Chrisa Kamana. W ich miejsce sprowadzono jednak kilku zawodników, którzy powinni okazać się nadwyżką.

Trudno bowiem nie docenić wymiany 34-letniego Niemca na już lepszego, a wciąż przecież mogącego rozwinąć swoje możliwości Festusa Ezeliego. Zwłaszcza że w porównaniu do innych umów parafowanych tego lata 15 milionów za dwa lata gry w jego przypadku wygląda jak niezła promocja. Oby tylko jego kolana wytrzymały – a jak wiemy z ostatnich godzin – pierwszy „prewencyjny” zabieg odbędzie się w najbliższych dniach. Oprócz niego sprowadzono także Evana Turnera, cenionego obwodowego obrońcę, co akurat Blazers bardzo się przyda.

W bonusie przejęli także nieduży, debiutancki kontrakt Shabazza Napiera. Ten 25-letni dwukrotny mistrz NCAA póki co nie spełnił pokładanych w nim (m.in. przez LeBrona Jamesa) nadziei i przez dwa lata ze względu na kontuzję stracił 58 spotkań. Niemniej cena za próbę uruchomienia rozgrywającego jest niemal żadna (sezon 2017/18 to już opcja klubu), a może on jeszcze okazać się ciekawym zmiennikiem.

Ich będziemy oglądać:
Duet Damian Lillard – C.J. McCollum
– tu niespodzianki nie ma. To wciąż najbardziej ekscytująca rzecz, jaką mogą oglądać kibice ekipy z Portland. Były wprawdzie wątpliwości, czy to aby na pewno dobrze dopasowany duet, ale przynajmniej częściowo rozwiała je konfrontacja z Warriors w drugiej rundzie play-off. A Lillard powinien być w tym roku dodatkowo podrażniony faktem, że przed rokiem został pominięty przy selekcji do Meczu Gwiazd.

Allen Crabbe i Evan Turner – Blazers przez kolejne cztery lata muszą zapłacić im w sumie 145 milionów dolarów. Tyle wydali na koszykarzy, którzy w poprzednich rozgrywkach spędzali na parkiecie odpowiednio 26 oraz 28 minut i notowali w tym czasie średnio nieco ponad 10 punktów. W dodatku w sumie tylko 20 razy na 162 rozegrane spotkania wyszli na parkiet w pierwszej piątce (pierwszy 8 razy, drugi 12). Obaj dostali spory kredyt zaufania i to, czy zdołają go teraz spłacić, wydaje się nie tylko ciekawe, ale również kluczowe w kwestii odpowiedzi na pytanie, czy Blazers mogą być lepsi niż rok temu.

Nie uwierzycie, ale…
W kampanii 2015/16 Blazars mieli problem z dobiciem do minimalnego progu płac (tzw. salary floor wynoszące 90% salary cap). W sezonie 2016/17 natomiast górną linię przekroczą aż o 18 milionów dolarów. Mało tego, za rok w budżecie mają już zagospodarowane prawie 124 miliony i to tylko w 9 gwarantowanych umowach. Kogo jak kogo, ale Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu oraz właściciela Blazers i drużyny futbolu amerykańskiego Seattle Seahawks, oczywiście stać. Niemniej wydał tego lata około 361 mln USD (wliczając trzyletni kontrakt Terry’ego Stottsa), głównie na przedłużenie kontraktów z perspektywicznymi graczami.

Jedno na pewno się nie zmieniło. Ekipa z Portland to wciąż jeden z najmłodszych zespołów w lidze. Średnia wieku w zbliżającym się sezonie wyniesie tam zaledwie 24.8, co stawia Blazers na trzecim miejscu, zaraz za Bucks i Sixers (według danych serwisu RealGM). Najstarszym ich zawodnikiem jest 27-letni Turner, jeden z zaledwie trzech graczy w składzie urodzonych w latach 80. Prócz Lillarda i ewentualnie McColluma trudno na razie doszukiwać się tu kandydatów do Meczu Gwiazd, ale jest młoda drużyna z dobrym trenerem, a jak pokazały ostatnie rozgrywki, czasem taka mieszanka wystarcza, aby walczyć o naprawdę wysokie cele. 

Odeszli: Gerald Henderson, Chris Kaman, Brian Roberts
Przyszli: Evan Turner (4 lata, 70 mln USD), Festus Ezeli (2 lata, 15 mln USD), Shabazz Napier (wymiana z Magic)
Typ PolskiKosz.pl: 4. miejsce w Konferencji Zachodniej

fot. wikimedia commons

Koszykówka w Maratonie Warszawskim - brawo za pomysł!

Ulica | 23.08.2016 22:03

Mateusz Kufel, półfinalista programu „Mam talent” zamierza przekozłować - dwiema piłkami! - Maraton Warszawski w ramach akcji #BiegamDobrze. Trzymamy kciuki!

Mateusz Kufel ma 25 lat, pochodzi z Bydgoszczy i jest wybitnym specjalistą od freestyle’u z piłką do koszykówki. „Kofi” swoje umiejętności prezentował dwa lata temu w programie „Mam talent”, teraz ma kolejny ambitny pomysł.

Mateusz chce przebiec wrześniowy Maraton Warszawski w ramach akcji #BiegamDobrze, która polega na tym, że biegacz zbiera pieniądze na rzecz wybranej fundacji w ten sposób realizując opłatę startową. „Kofi” będzie wspierał Fundację Dajemy Dzieciom Siłę.

Ale to nie wszystko - by promować swoją akcję i zebrać jak najwięcej pieniędzy na cele charytatywne, Mateusz zamierza przebiec trasę maratonu kozłując dwie piłki jednocześnie. - Myślałem o jakimś niezwykłym przedsięwzięciu. Czymś naprawdę mocnym. Pomysł podsunęła mi dziewczyna. W pierwszej chwili uznałem, że to w ogóle niemożliwe. Potem postanowiłem spróbować i przebiegłem 4 kilometry kozłując piłki. To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że... to kompletne szaleństwo. Ale mimo to nie zrezygnowałem i podjąłem wyzwanie - mówił Mateusz serwisowi Czas Na Bieganie.

„Kofi”, który w życiu nie przebiegł choćby półmaratonu, nie ma zamiaru zadowolić się zebraniem do końca sierpnia jedynie 300 złotych na opłatę startową. Wyznacza kolejne cele - jeśli zbiórka przekroczy kwotę 1000 zł, zakręci na mecie każdej chętnej osobie piłkę na palcu, a po przekroczeniu 3000 zł wbiegnie na metę w czapce z piłki do kosza śpiewając „Twe oczy zielone” lub „To właśnie ja” zespołu Akcent.

Ruszam właśnie z promocją mojego przedsięwzięcia. Chce zaangażować w nie wszystkich znajomych. Wierze, że przyłączy się do niego wielu ludzi i nasze wsparcie dla Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę będzie naprawdę duże – mówi „Kofi”.

Pieniądze w akcji charytatywnej #BiegamDobrze zbierane są na indywidualnych kontach biegaczy założonych przez Fundację Maratonu Warszawskiego. Jeśli biegacz uzbiera do końca sierpnia 300 zł, jego zbiórka będzie kontynuowana nawet po maratonie - do 5 października. Konto Mateusza znajduje się TUTAJ.

Mateusz, trzymamy kciuki!
 

Dziewięciu graczy w pierwszej piątce Allena Iversona

NBA | 23.08.2016 21:31

Były gwiazdor NBA nie mógł się zdecydować, gdy raper Jadakiss poprosił go o wymienienie swojej piątki najlepszych graczy w historii.

W kosza „The Answer” nie gra już od dłuższego czasu, ale regularnie nam o sobie przypomina. W połowie sierpnia na przykład pojawił się w krótkim programie prowadzonym przez Jadakissa, który wspólnie z przyjacielem założył serwis internetowy SoRaspy.com mający pełnić funkcję multimedialnej platformy otwartej na różne treści nawiązujące do miejskiej kultury. Z Iversonem pogadali m.in. o ulubionych artystach, sposobie bycia i najlepszych jego zdaniem koszykarzach w historii.

- Mike, Shaq, Kobe, LeBron – wymienił Iverson bez większego zastanowienia i w sumie również zaskoczenia. Ale z piątym nazwiskiem miał problem. – Tym piątym mogłoby być wielu gości – powiedział i zamiast więc decydować się na jedno konkretne nazwisko, otwiera nawias i wymienia pięciu aktywnych zawodników: Kevina Duranta, Carmelo Anthony’ego, Kyriego Irvinga, Russella Westbrooka i Stephena Curry’ego.

Jednym z tematów był również jego styl ubioru poza parkietem, charakterystyczny dla kultury hiphopowej. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że to noszone przez niego szerokie spodnie, bandany czy łańcuchy były jednym z głównych czynników, które doprowadziły do wprowadzenia w NBA obowiązującego dziś dress code’u.

- Po prostu byłem sobą – powiedział 41-letni dziś Iverson. – Nic z tego nie było zaplanowane. Po prostu ubierałem się i wyglądałem jak kolesie z mojej dzielnicy, gdzie dorastałem.

Były MVP sezonu zasadniczego (2001) i 11-krotny uczestnik Meczu Gwiazd wciąż pozostaje jednym z najlepszych strzelców NBA. Przez całą swoją 14-letnią karierę zdobywał 26,66 pkt. na mecz, co do dziś pozostaje siódmą najlepszą średnią w historii ligi. W dniach 8-10 września w Springfield obok takich osobistości jak Shaquille O'Neal, Tom Izzo, Sheryl Swoopes, Yao Ming i Jerry Reinsdorf zostanie włączony do Koszykarskiej Galerii Sław. I z pewnością niejeden fan NBA to właśnie jego umieściłby w swojej najlepszej piątce wszechczasów.

Fot. YouTube.com
 

Naszym zdaniem

Chińczyk w Los Angeles

NBA | 23.08.2016 21:04

Po świetnym, choć ograniczonym do fazy grupowej, występie na igrzyskach, Yi Jianlian robi drugie podejście do najlepszej ligi globu. W nadchodzącym sezonie będzie grał w Los Angeles Lakers.

Można by pomyśleć, że to kolejny gracz, który korzystając z historycznie wysokiego salary cap, chce jeszcze coś dla siebie z tego tortu uszczknąć. Cóż, w tym konkretnym przypadku nie do końca. Broderick Turner, dziennikarz „Los Angeles Times”, doniósł bowiem o szczegółach podpisanej umowy, która w kampanii 2016/17 tak naprawdę gwarantuje zawodnikowi jedynie minimum dla weterana, czyli 1,13 miliona dolarów. Dopiero w obliczu spełnienia szeregu różnych warunków Jianlianowi przysługiwałoby wynagrodzenie na poziomie 8 milionów.

O zainteresowaniu „Jeziorowców” chińskim podkoszowym po raz pierwszy usłyszeliśmy w połowie sierpnia, kiedy to o prowadzonych między stronami „zaawansowanych negocjacjach” informował Marc Stein z ESPN. Koszykarz przebywał wtedy wraz z reprezentacją Chin na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Jego drużyna ostatecznie zajęła na nich ostatnie, dwunaste miejsce, ale 28-latek był jedną z bardziej wyróżniających się postaci. W pięciu spotkaniach spędzał na boisku średnio 32,8 minuty i notował średnio 20,4 pkt. (trzeci strzelec turnieju), 6,6 zb., 1,4 prz. i 1 bl.

Większość kariery spędził w Chinach, w drużynie Guangdong Hongyuan Southern Tigers, z którą wywalczył w sumie cztery mistrzowskie tytuły. Ale w latach 2007-12 podjął próbę przejścia na poziom NBA. Na przestrzeni pięciu sezonów reprezentował barwy czterech klubów – Bucks, Nets, Wizards, Mavericks – i wystąpił łącznie w 272 spotkaniach, w których osiągnął statystyki na poziomie 7,9 pkt. i 4,9 zb. Najlepiej radził sobie w rozgrywkach 2010/11, kiedy w niespełna 32 minuty co mecz zapisywał na swoim koncie 12 pkt., 7,2 zb. i blok.

- Jesteśmy podekscytowani, że mamy w składzie zawodnika z tak bogatym międzynarodowym doświadczeniem – powiedział z tej okazji generalny menedżer Lakers, Mitch Kupchak. – Z niecierpliwością oczekujemy jego przybycia na obóz przygotowawczy i mamy nadzieję, że będzie miał pozytywny wpływ na nasz zespół.

Fot. Wikimedia Commons
 

Video

  • PLK: Top 10 15. tygodnia
  • Top 10 PLK - 6-12.01
  • PLK: Top 10 11. kolejki

Znamy terminarz PLK - wybraliśmy najciekawsze mecze

PLK | 23.08.2016 17:40

PLK opublikowała terminarz na nowy sezon - wybraliśmy 10 meczów pierwszej rundy, które zapowiadają się w tym momencie najbardziej interesująco.

Ligowy sezon 2016/17 rozpocznie się w sobotę, 8 października, o godz. 12.40 w Krośnie, gdzie beniaminek Miasto Szkła zacznie grać wtedy z wicemistrzem Polski Rosą Radom. Przy nieparzystej liczbie 17 drużyn w terminarzu znów są puste kolejki, z których spotkania podoczepiane się do właściwych. Pierwsza runda skończy się 22 stycznia 15. kolejką, potem rozpoczną się rewanże. Play-off rozpocznie się 4 maja.

Uwaga! Terminy meczów podane poniżej mogą ulec zmianie w związku z transmisjami telewizyjnymi, które w tym sezonie planowane są na piątki (godz. 18) i niedziele (godz. 12.40).

Cały terminarz znajdziecie TUTAJ. My wybraliśmy 10 spotkań z pierwszej rundy, które w tym momencie zapowiadają się najbardziej interesująco:

Piątek, 14 października, 2. kolejka:
AZS Koszalin - Energa Czarni Słupsk
Wiadomo, derby regionu, w nich zwykle dzieje się coś ciekawego. Na razie zanosi się, że lepszy skład i większe aspiracje w tym sezonie będą mieli słupszczanie, ale to nie oznacza, że na początku sezonu nie może dojść do niespodzianki. Albo przynajmniej zaciętego meczu przy głośnym dopingu z obu stron.

Piątek, 28 października, 4. kolejka:
PGE Turów Zgorzelec - MKS Dąbrowa Górnicza
Mecz drużyn, których ostatnio zabrakło w play-off, ale też zespołów, które w lecie bardzo się wzmocniły. Obie drużyny są pewnymi kandydatami do miejsca w ósemce, Turów być może powalczy o medal. Trener Dąbrowy Drażen Anzulović był z kadrą Chorwacji na igrzyskach, a w składzie będzie miał m.in. bardzo ciekawie zapowiadającego się Aleksa Hamiltona. Ten mecz może zaskoczyć!

Niedziela, 6 listopada, 5. kolejka:
Czarni - Anwil Włocławek
Anwil, który w przyszłym sezonie chce zdecydowanie skuteczniej walczyć o medal niż ostatnio, przyjedzie do gorącej Gryfii, w której niedawno obserwował medalową dekorację gospodarzy. Te mecze zawsze są elektryzujące - aspiracje Czarnych nie będą przecież sięgać niżej niż pierwszej czwórki, a wygrana z Anwilem zawsze w Słupsku dobrze smakuje.

Środa, 7 grudnia, 9. kolejka:
Siarka Tarnobrzeg - Anwil
Niby wszystko jasne, faworyt zagra na wyjeździe ze słabeuszem, ale nic bardziej mylnego. To spotkanie znów ma potencjał na niespodziankę. Przecież od kiedy Siarka awansowała do ekstraklasy, Anwil w Tarnobrzegu grał sześć razy, ale wygrał tylko dwukrotnie - po raz ostatni trzy lata temu. Dlatego grudniowe spotkanie może być dla kibiców z Włocławka całkiem emocjonujące...

Sobota, 10 grudnia, 10. kolejka:
Miasto Szkła Krosno - Siarka
Derby Podkarpacia! Koszykarze i trenerzy obu drużyn dobrze się znają, a położone na południowo-wschodnich peryferiach ligi Krosno i Tarnobrzeg siłą rzeczy są sobie bliskie. Spodziewamy się gorącego meczu i emocji. Kto wie, może to będzie spotkanie z cyklu „być albo nie być” dla którejś z drużyn?

Sobota, 17 grudnia, 11. kolejka:
Stelmet Zielona Góra - Anwil
Jeśli Anwil będzie miał w tym sezonie medalowe ambicje, może nawet złote, to w tym przedświątecznym spotkaniu będzie musiał to udowodnić. Stelmet po ostatnich transferach wygląda bardzo mocno, ale może Igor Milicić będzie miał przewagę w starciu z mniej doświadczonym Arturem Gronkiem?

Poniedziałek, 26 grudnia, 12. kolejka:
Turów - Stelmet
Świetny wybór świątecznego meczu! Historia rywalizacji, także słownej, między oboma drużynami jest dobrze znana, kilka lat temu Turów ze Stelmetem rywalizowały o złoto, a ostatnio - o Thomasa Kelatiego. Amerykanin z polskim paszportem wybrał Zieloną Górę i właśnie w świąteczny poniedziałek przyjedzie do Zgorzelca ze Stelmetem po raz pierwszy. A Turów buduje silny zespół.

Sobota, 7 stycznia, 13. kolejka:
Rosa Radom - Anwil
Kolejny test dla Anwilu - tym razem w hali, w której w ostatnim półfinale wygrał mecz nr 1, by potem przegrać trzy kolejne i odpaść z walki o mistrzostwo. I Rosa, i Anwil budują silne zespoły, mają tych samych trenerów i podobne, medalowe ambicje. Musi być ciekawie.

Sobota, 7 stycznia, 13. kolejka:
Trefl Sopot - Asseco Gdynia
To nie tylko derby Trójmiasta - to także mecz Filipa Dylewicza z Przemysławem Frasunkiewiczem. Dwaj kumple spotkają się jeśli już nie na boisku, to przy nim - trener Frasunkiewicz (jak dziwnie to brzmi, prawda?) będzie musiał znaleźć sposób, by ograniczyć „Dyla”, który do odradzającego się Trefla wraca, by ożywić przede wszystkim grę w ataku.

Niedziela, 22 stycznia, 15. kolejka:
Rosa - Stelmet
Rewanż za finał, wszystko jasne. Tak jak w przypadku konfrontacji z Anwilem - w tej chwili, na papierze, mocniejszy skład ma Stelmet, ale i Wojciech Kamiński uzbierał sobie grupę całkiem niezłych graczy. I podobnie jak w przypadku Milicicia - on też może mieć przewagę myśli szkoleniowej nad Gronkiem. Choć może nie? Może nowy trener Stelmetu okaże się gwiazdą ławki i w 15. kolejce będzie już na tyle sprytny, by przechytrzyć bardziej doświadczonych kolegów?
 

Top 10 debiutów w historii NBA - to były wyskoki!

NBA | 23.08.2016 16:46

Byli w NBA gracze, którzy już w swoim pierwszym sezonie potrafili zachwycać, dominować i elektryzować spektakularnymi akcjami. Czy tegoroczni debiutanci będą w stanie nawiązać do ich wyczynów?

Preseason NBA startuje dokładnie 3 października. Dzień później swój pierwszy mecz kontrolny rozegrają Philadelphia 76ers, w których barwach wystąpią dwaj najbardziej obiecujący debiutanci rozgrywek 2016/17 – Joel Embiid i Ben Simmons. Pierwszy w drafcie wybrany został już dwa lata temu, ale ze względu na odnowioną kontuzję nie rozegrał jeszcze w NBA ani jednego meczu. Drugi jest dwa lata młodszy i już bywał porównywany m.in. do Magica Johnsona.

Jest jeszcze chociażby wielka nadzieja Lakers, czyli Brandon Ingram, którego w Los Angeles usiłuje się wcisnąć w buty po Kobem Bryancie. Czy któregoś z nich stać na historyczny występ już w pierwszej kampanii? Przed rokiem imponujący pokaz umiejętności dał przecież Karl-Anthony Towns, a do tych najlepszych i tak sporo mu jeszcze brakowało. W oczekiwaniu na test bojowy nowego narybku postanowiliśmy zrobić mały przegląd najlepszych debiutantów w historii ligi.

Oto nasze subiektywne TOP 10:

10. LeBron James (2003/04), nr 1 draftu
Jeden z najbardziej szumnych debiutów wszechczasów. Hype na młodego Jamesa urósł do tego rozmiaru, że jego mecze w drużynie licealnej transmitowane były w ogólnokrajowej telewizji. Do NBA trafił prosto ze szkoły średniej i nie zawiódł. Cavaliers nie wiedzieli wtedy, że na tytuł przyjdzie im poczekać jeszcze 13 lat, ale LBJ zgodnie z oczekiwaniami został najmłodszym graczem, który zgarnął nagrodę Rookie of The Year i osiągnął w jednym meczu próg 40 punktów.
Średnie: 20,9 pkt., 5,5 zb., 5,9 as., 1,6 prz.

9. Tim Duncan (1997/98), nr 1 draftu
Dziś może wydawać się to niemożliwe, ale kiedyś nawet Greggowi Popovichowi w obliczu kontuzji kilku podstawowych zawodników zdarzyło się zatankować. Nagrodą był właśnie absolwent Wake Forest, który po połączeniu sił z Davidem Robinsonem już w drugim roku gry wywalczył swój pierwszy z pięciu tytułów mistrzowskich.
Średnie: 21,1 pkt., 11,9 zb., 2,5 bl.

8. David Robinson (1987/88), nr 1 draftu
10 lat przed Duncanem Spurs, wybierając z jedynką, postawili na „Admirała”. I choć z pierścieniami musiał poczekać na drugą z „Bliźniaczych Wież”, to w swoim pierwszym roku sprawił, że jego zespół z bilansu 21-61 poprawił się aż na 53-26.
Średnie: 24,3 pkt., 12 zb., 3,9 bl.

7. Michael Jordan (1984/85), nr 3 draftu
Do dziś trudno uwierzyć, że aż dwie drużyny przed „Bykami” mogły mieć Jordana, a jednak ostatecznie w naborze przetrwał on do trzeciego miejsca. Na pierwsze mistrzostwo czekał aż siedem lat, ale błyszczał od samego początku. Zdobywając średnio ponad 28 punktów, wystąpił w pierwszej piątce Meczu Gwiazd i został wybrany do drugiej najlepszej piątki sezonu (All-NBA Second Team).
Średnie: 28,2 pkt., 6,5 zb., 5,9 as., 2,4 prz.

6. Kareem Abdul-Jabbar (1969/70), nr 1 draftu
Wtedy znany jeszcze pod nazwiskiem Lew Alcindor. Po rewelacyjnej karierze akademickiej od pierwszego dnia dominował także w NBA. Jego rzut hakiem siał spustoszenie na ligowych parkietach, a Bucks z nim w składzie poprawili się o 29 zwycięstw względem poprzednich rozgrywek. Już w debiutanckim sezonie podobnie jak MJ wystąpił w Meczu Gwiazd, został wybrany do All-NBA Second Team, a dodatkowo znalazł się także w drugiej piątce najlepszych defensorów (NBA All-Defensive Second Team).
Średnie: 28,8 pkt., 14,5 zb., 4,1 as. (bloki nie były wówczas liczone)

5. Shaquille O’Neal (1992/93), nr 1 draftu
Po narobieniu ogromnego zamieszania w NCAA, Shaq zaliczył jedno z najbardziej spektakularnych i wybuchowych wejść do ligi. Jako pierwszy debiutant w historii został uznany najlepszym graczem tygodnia już w pierwszym tygodniu rozgrywek. Jego połączenie warunków fizycznych, siły oraz atletyzmu miało budzić lęk jeszcze przez blisko półtorej dekady.
Średnie: 23,4 pkt., 13,9 zb., 3,5 bl.

4. Larry Bird (1979/80), nr 6 draftu
W naborze został wybrany rok wcześniej, ale na jeszcze jeden sezon postanowił wrócić na uczelnię. W pierwszym roku w NBA poprowadził Celtics do 60 zwycięstw i został wybrany do najlepszej piątki sezonu (All-NBA First Team). Pierwszy tytuł wywalczył jednak „dopiero” w kolejnych rozgrywkach. W tych pierwszych ubiegł go przyszły, największy rywal i jednocześnie przyjaciel – o nim za chwilę.
Średnie: 21,3 pkt., 10,4 pkt., 4,5 as., 1,7 prz.

3. Oscar Robertson (1960/61), nr 1 draftu
„Człowiek Triple Double”, zasłynął między innymi tym, że już w drugim roku w NBA notował średnio dwucyfrowe liczby w trzech kategoriach statystycznych. Niewiele do tego wyczynu zabrakło mu już zresztą w pierwszym, kiedy mógł pochwalić się linijką 30,5 pkt., 10,1 zb. i 9,7 as. Już jako debiutant „The Big O” zgarnął pierwszą statuetkę MVP Meczu Gwiazd, był liderem ligi pod względem średniej liczby asyst i został wybrany do All-NBA First Team.

2. Wilt Chamberlain (1959/60), tzw. wybór terytorialny
Najbardziej dominujący debiut w historii ligi. Chamberlain zanim dołączył do Philadelphia Warriors, przez rok występował w szeregach Harlem Globetrotters. Do NBA wkroczył z potężnym przytupem. Został MVP sezonu regularnego, MVP Meczu Gwiazd, najlepszym strzelcem sezonu i ustanowił aktualne do dziś debiutanckie rekordy statystyczne, notując średnio aż 37,6 pkt. i 27 zbiórek!

1. Magic Johnson (1979/80), nr 1 draftu
Główny bohater kalifornijskiego „Showtime”. W jego pierwszym sezonie nagrodę Rookie of The Year zgarnął Larry Bird, ale to on jako jedyny zawodnik w tym zestawieniu wygrał mistrzostwo już jako debiutant. I to w jakim stylu! W meczu nr 6 finałów przeciwko Sixers Juliusa Ervinga zastąpił na centrze kontuzjowanego Abdul-Jabbara. Zaaplikował rywalom 42 punkty, zebrał 15 piłek i poprowadził Lakers do zwycięstwa 123:107, które drużynie zapewniło tytuł, a jemu dodatkowo także statuetkę MVP Finałów. Może nie dominował tak jak Chamberlain, ale po takiej historii musiał być pierwszy.
Średnie: 18 pkt., 7,7 zb., 7,3 as., 2,4 prz.



  Fot. Wikimedia Commons

Ostatnie wyniki

TBL | NBA | EL | 1LM | 2LM | BLK

Siarka Tarnobrzeg
Trefl Sopot
06.03 92
81
Wilki Morskie Szczecin
Start Lublin
06.03 121
70
Śląsk Wrocław
Anwil Włocławek
06.03 69
86
Energa Czarni Słupsk
Polfarmex Kutno
05.03 87
84
Polpharma Starogard Gd.
Polski Cukier Toruń
05.03 74
73
AZS Koszalin
Rosa Radom
05.03 79
85
Rosa Radom
Asseco Gdynia
29.02 87
80
Polfarmex Kutno
PGE Turów Zgorzelec
28.02 84
69
BM Slam Stal Ostrów Wlkp.
MKS Dąbrowa Górn.
28.02 87
68
Stelmet Zielona Góra
Siarka Tarnobrzeg
27.02 101
78
Detroit Pistons
New Orleans Pelicans
21.02 106
111
Oklahoma City Thunder
Cleveland Cavaliers
21.02 92
115
Denver Nuggets
Boston Celtics
21.02 101
121
Phoenix Suns
San Antonio Spurs
21.02 111
118
Brooklyn Nets
Charlotte Hornets
21.02 96
104
Orlando Magic
Indiana Pacers
21.02 102
105
Toronto Raptors
Memphis Grizzlies
21.02 98
85
Dallas Mavericks
Philadelphia 76ers
21.02 129
103
Chicago Bulls
Los Angeles Lakers
21.02 126
115
Portland Trail Blazers
Utah Jazz
21.02 115
111
Lokomotiw Kubań Krasnodar
Darussafaka Stambuł
12.02 82
58
Panathinaikos Ateny
Efes Stambuł
12.02 83
78
CSKA Moskwa
Olympiakos Pireus
12.02 92
85
FC Barcelona
Żalgiris Kowno
12.02 92
86
Crvena Zvezda Telekom Belgrad
Cedevita Zagrzeb
11.02 94
74
Fenerbahce Stambuł
Unicaja Malaga
11.02 80
59
BK Chimki
Real Madryt
11.02 82
93
Laboral Kutxa Vitoria
Brose Baskets Bamberg
11.02 90
64
Efes Stambuł
Fenerbahce Stambuł
05.02 73
77
Żalgiris Kowno
CSKA Moskwa
05.02 54
94
Znicz Pruszków
Sokół Łańcut
05.03 72
68
GKS Tychy
ACK UTH Rosa Radom
05.03 102
84
AZS Mickiewicz Katowice
Pogoń Prudnik
05.03 82
77
Spójnia Stargard Szcz.
SKK Siedlce
05.03 81
76
Miasto Szkła Krosno
Noteć Inowrocław
05.03 112
82
Biofarm Basket Poznań
Doral Nysa Kłodzko
05.03 44
51
Śląsk II Wrocław
GTK Gliwice
05.03 64
69
Legia Warszawa
Astoria Bydgoszcz
04.03 109
73
Noteć Inowrocław
Śląsk II Wrocław
02.03 62
68
Astoria Bydgoszcz
Biofarm Basket Poznań
02.03 68
76
Trefl II Sopot
Politechnika Gdańska
06.03 94
73
SMS Władysławowo
Kotwica 50 Kołobrzeg
06.03 59
121
BC Obra Kościan
Asseco II Gdynia
06.03 73
96
TKM Włocławek
AZS UMK Consus PBDI Toruń
06.03 65
73
Itago Gdynia
Domino Inowrocław
06.03 63
76
KK Warszawa
Polonia Warszawa
06.03 70
41
Start II Lublin
Księżak Łowicz
06.03 77
76
Rosa III Radom
Stal St. Wola
06.03 60
69
MCS Daniel Gimbaskets 2 Przemyśl
Tur Bielsk Podlaski
06.03 87
71
Pogoń Ruda Śl.
Alba Chorzów
06.03 71
79
Basket Gdynia
Pszczółka AZS Lublin
26.10 71
75
Wisła Can-Pack Kraków
Ślęza Wrocław
26.10 83
64
Artego Bydgoszcz
MKS Konin
25.10 103
62
MKK Siedlce
Energa Toruń
25.10 65
86
KK ROW
Widzew Łódź
25.10 75
53
CCC Polkowice
AZS Gorzów Wlkp.
25.10 69
67
KK ROW
Basket Gdynia
16.10 62
59
Ślęza Wrocław
CCC Polkowice
05.10 54
63
Wisła Can-Pack Kraków
Basket Gdynia
04.10 96
37
Widzew Łódź
MKK Siedlce
04.10 56
75

REKLAMA

I to jest prezent! "Dzień Kobe Bryanta" w Los Angeles

NBA | 23.08.2016 16:23

24.08, od numerów koszulek wielkiego gwiazdora Lakers, będzie w tym roku „Dniem Kobe Bryanta” w Los Angeles. To świetny prezent dla byłego już zawodnika, który dzisiaj, 23 sierpnia, obchodzi urodziny.

Nic dziwnego, że Los Angeles chce w ten sposób uczcić dzień po urodzinach Kobe Bryanta. Wielki gracz, który zakończył karierę w kwietniu, to legenda Lakers, w którym występował przez 20 lat - nikt w historii ligi nie reprezentował jednego jedynego klubu przez dłuższy okres. Sukcesów, jakie Bryant osiągnął z Lakers, wymieniać nie trzeba - były i mistrzostwa, i nagrody MVP, 33643 punkty i wiele, wiele innych osiągnięć.

Członek rady miejskiej Los Angeles, Jose Huizar, podkreślał właśnie aspekt przywiązania koszykarza do klubu. - „Dzień Kobe Bryanta” jest formą podziękowania ze strony Los Angeles za to, że tak całkowicie poświęcił się miastu. Dziękują fajni, dziękuje miasto, dziękuje cały region. Przez 20 lat byliśmy beneficjentami jego ogromnego talentu i legendarnej etyki pracy, więc 24 sierpnia zbierzemy się, by powiedzieć „Dziękujemy ci, Mamba”.

A my, z okazji 38. urodzin Kobe, przeżyjmy to jeszcze raz:


 

Mateusz Jarmakowicz - wisienka na słupskim torcie

PLK | 23.08.2016 11:13

Doświadczony gracz, który jako młodzieżowiec zaliczył sezony w uznanych na świecie Realu i Benettonie, jest w szczytowej formie i wchodzi w swój najlepszy okres. Energa Czarni będą jeszcze silniejsi.

28-letni podkoszowy chciał spróbować swoich sił zagranicą, myślał o wyjeździe do europejskiej ligi, ale ostatecznie skusił się na Słupsk. Czarni, których poprowadzi w najbliższym sezonie Roberts Stelmahers, na pewno interesowali się nim od dłuższego czasu i chcieli go podpisać niezależnie od tego, że w sparingu reprezentacji kontuzji doznał Jarosław Mokros.

W minionym sezonie Mateusz Jarmakowicz występował w Śląsku, w którym zaliczał średnio dobre 7,5 punktu oraz 3,1 zbiórki w meczu. Więcej niż statystyki mówi jednak jego krótka sylwetka przygotowana przez reprezentującą go agencję Octagon: „Mateusz to bardzo doświadczony zawodnik na parkietach polskiej ekstraklasy. Zaliczył w młodzieżówce sezony w uznanych na świecie europejskich klubach - Real Madryt i Benetton Treviso. Idealnie pasuje do współczesnej koszykówki jako zawodnik w roli "stretch four". Zresztą - zobaczcie sami poniższe highlights z tego sezonu. Jest w szczytowej formie i wchodzi w swój prime time - okres największych możliwości wysiłkowych dla koszykarza. Najlepsze dopiero przed nim!

W Słupsku na pewno wzięli też pod uwagę fakt, że Jarmakowicz, to także atuty pozaboiskowe. Transfer tego gracza już generuje dla klubu olbrzymią wartość medialną. Jarmakowicz jest najpopularniejszym zawodnikiem PLK na Twitterze. Obok Jerela Blassingame’a i Stanley’a Burrella, będąc jednym z młodszych graczy w drużynie weteranów, Jarmakowicz może być w tym sezonie jednym z zawodników do oglądania!


 

Kwame Brown żyje, ma się dobrze, chce glorii i chwały!

NBA | 23.08.2016 10:39

34-letni zawodnik, znany także jako „Największa pomyłka Michaela Jordana”, wrócił na koszykarski rynek. Akurat w momencie, gdy w NBA nawet przeciętni zawodnicy podpisują rekordowo wysokie kontrakty.

Tę historię wszyscy znamy - w 2001 roku Michael Jordan, wówczas szef Washington Wizards, wybrał 19-letniego Kwame Browna z nr. 1 draftu. - Jeśli mnie weźmiesz, nigdy nie pożałujesz - powiedział nastolatek trenerowi Dougowi Collinsowi. W pierwszym sezonie zdobywał po 4,5 punktu oraz 3,5 zbiórki.

Poza przeciętniactwo nigdy w NBA nie wyszedł. Rozegrał ponad 600 meczów dla Wizards, Lakers, Grizzlies, Pistons, Hornets, Warriors i 76ers, jego średnie z kariery to 6,6 punktu oraz 5,5 zbiórki. W ciągu 12 lat w lidze zarobił ponad 60 mln dolarów.

Teraz chce wrócić do obiegu, właśnie podpisał kontrakt z agencją Interperformances. „Jest gotowy na nowe życie. Jego powrót może być drogą do glorii dla zespołu, który w niego uwierzy. Kwame wraca, jest zdrowy i gotowy na to, by być świetnym graczem. Może blokować rzuty, zbierać i eksplodować podczas potężnych wsadów” - napisała agencja. I nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać.

Kto skusi się na Browna? Interperformances ma dużo klientów grających poza USA, więc jeśli w NBA nikt nie uwierzy w siłę i moc urodzonego na nowo Kwame, to gdzie indzie, np. w Chinach, chętni pewnie się znajdą.

Fot. Wikimedia Commons
 

Phoenix Suns 2016/17 – jak dobry okaże się Devin Booker?

NBA | 23.08.2016 10:08

Podczas gdy większość obserwatorów z zachwytem patrzy w kierunku Timberwolves i Sixers, nie mniej obiecująca ekipa wyrosła nam pośród pustkowi Arizony. Phoenix Suns dodali do składu kolejne młode talenty i niebawem mogą powalczyć o powrót do ligowej czołówki.

Najważniejsza zmiana:
Szczególnie spektakularnych ruchów tego lata „Słońca” nie dokonały. Kluczową modyfikacją było dodanie do składu poprzez draft trzech bardzo interesujących, młodych zawodników. Najwięcej oczekuje się oczywiście od wybranych kolejno z 4. i 8. numerem 18-letniego podkoszowego z Chorwacji Dragana Bendera oraz 19-letniego Marquese’a Chrissa, ale w Lidze Letniej, podczas gdy oni razili nieskutecznością, zaimponował również Tyler Ulis, którego Suns wzięli dopiero na początku drugiej rundy (nr 34).

Z drugiej strony, dla zachowania równowagi i zapewnienia młodym nieco wsparcia ze strony starszyzny sprowadzono weteranów Jareda Dudleya i Leandro Barbosę, którzy w przeszłości mieli już przyjemność reprezentować barwy klubu z Phoenix. W połączeniu z drugim po Luke’u Waltonie najmłodszym obecnie trenerem w NBA w osobie Earla Watsona, który raptem dwa lata temu kończył przecież karierę zawodniczą, otrzymujemy bardzo ciekawą mieszankę, która będzie musiała jeszcze nieco dojrzeć, ale już zapowiada się obiecująco.

Jego będziemy oglądać:
Devin Booker
– debiutujący w NBA były zawodnik Uniwersytetu Kentucky wykorzystał sytuację, w której brakowało nękanych przez kontuzje liderów, i już w swoim pierwszym sezonie udowodnił, że ma papiery na gwiazdę. W 28 spotkaniach rozegranych po przerwie na Weekend Gwiazd wychodził w pierwszej piątce i notował średnio 19,2 pkt., 4,1 as. i 3,0 zb. A będzie jeszcze lepszy!

W końcówce sezonu wychodził w piątce obok Brandona Knighta. Teraz swoje minuty będzie chciał jednak odzyskać także Eric Bledsoe. I to kolejny gracz, którego z pewnością warto bacznie obserwować. Nazywany kiedyś „Mini-LeBronem” rozgrywający w minionym sezonie przez kontuzję lewego kolana opuścił 51 spotkań, z których notabene jego koledzy wygrać zdołali już tylko 11, ale w tych 31, w których zagrał, mógł pochwalić się linijką na poziomie 20,4 pkt., 6,1 as., 4 zb. i 2 prz.

Nie uwierzycie, ale…
Mimo że Suns nie ściągnęli do siebie żadnej wielkiej gwiazdy, nie zatrudnili renomowanego trenera, ani też nie wybrali w drafcie Bena Simmonsa, dziennikarz TNT David Aldridge w swoim offseasonowym rankingu przygotowanym dla NBA.com ulokował ich na wysokim 7. miejscu. Nie szarżowali, ale zrobili swoje. I choć na powrót do fazy play-off prawdopodobnie trzeba będzie jeszcze poczekać, to decyzje podjęte tego lata powinny ich do tego celu znacznie przybliżyć.

Póki co cały zespół musi nabrać jeszcze ogłady. Według danych serwisu RealGM, ekipa z Phoenix to obecnie szósty najmłodszy zespół w lidze. Średnia wieku w zespole w kampanii 2016/17 wyniesie tam 25,3, a jak wiadomo, mocno zawyżają ją sprowadzeni Barbosa i Dudley, a także pozostający w zespole P.J. Tucker (wszyscy trzej po 31) oraz Tyson Chandler (33). Najstarszym po nich zawodnikiem w składzie pozostaje 26-letni Bledsoe.

Odeszli: Mirza Teletović, Jon Leuer, Ronnie Price, Chase Budinger
Przyszli: Jared Dudley (3 lata, 30 mln USD), Leandro Barbosa (2 lata, 8 mln USD), Dragan Bender, Marquese Chriss i Tyler Ulis (kolejno 4., 8., i 34. numer draftu)
Typ PolskiKosz.pl: 12. miejsce w Konferencji Zachodniej

fot. wikimedia commons

Włocławek - niech moc będzie z kadrą!

Kadra | 23.08.2016 00:24

Po nieudanym turnieju w Ulm, w środę i w czwartek reprezentacja Polski zagra we Włocławku ostatnie sprawdziany przed eliminacjami do EuroBasketu: z Belgią oraz Szwecją lub Gruzją.

Włocławek to najlepsze miejsce w Polsce na ostatnie sparingi. Po pierwsze: to właśnie w tym mieście Biało-Czerwoni rozegrają pierwszy mecz eliminacji, 31 sierpnia z Portugalią. Po drugie: wraz z odrodzeniem Anwilu do Hali Mistrzów wróciła dobra atmosfera - jeśli gdzieś Polacy mają dostać energetycznego kopa przed eliminacjami, to właśnie we Włocławku.

Drużynie Mike’a Taylora potrzebne są i zwycięstwa, i wyraźna poprawa gry w stosunku do tego, co było w Ulm. W przegranych spotkaniach z Rosją, Finlandią i Niemcami, nie zagrało wiele rzeczy - słaby powrót do obrony, defensywa dziurawa pod obręczą, chaotyczny atak, straty, kiepskie wykorzystanie swoich silnych stron. Jeśli Polacy chcą rozpocząć eliminacje pewni siebie i w dobrych nastrojach, mają wiele do nadrobienia.

JAKA FORMA NA DZIŚ? OCENIAMY REPREZENTANTÓW POLSKI

Naszym środowym rywalem będą Belgowie, którzy rok temu na EuroBaskecie wygrali trzy mecze w grupie - wysoko z Estonią, sensacyjnie, dwoma punktami z Litwą, a także z Ukrainą. Odpadli, podobnie jak Polacy, w 1/8 finału - przegrali 54:75 z Grecją. Wcześniej, przed mistrzostwami, koszykarze Taylora spotkali się z Belgią w Bydgoszczy - w ostatnim sparingu przed EuroBasketem wypadli bardzo dobrze, wygrali aż 72:52. Oby teraz było podobnie.

W czwartek Polacy spotkają się ze zwycięzcą meczu Gruzja - Szwecja. Gruzini grali na trzech ostatnich EuroBasketach - w 2013 roku ograli Polskę w Celje, rok temu wyszli z grupy, a w 1/8 finału odpadli z Litwą. Tydzień temu w Tbilisi Gruzini gościli Holandię, Ukrainę i Rosję - z dwoma pierwszymi wygrali, a Rosjanom ulegli 97:100 po dogrywce. Gruzja będzie faworytem meczu ze Szwecją, w której gra m.in. Chris Czerapowicz, nowy zawodnik beniaminka PLK, Miasta Szkła Krosno.

Program turnieju we Włocławku:
24 sierpnia, 17.30: Szwecja - Gruzja
24 sierpnia, 20: Polska - Belgia
25 sierpnia, 17.30: Belgia - Szwecja/Gruzja
25 sierpnia, 20: Polska - Szwecja/Gruzja
 

Kobe Bryant wilkiem z Wall Street

NBA | 22.08.2016 21:49

Kto w poniedziałkowy ranek słynnym gongiem zainaugurował sesję giełdy w Nowym Jorku na Wall Street? Tak, właśnie legendarny koszykarz Los Angeles Lakers.

Nieco ponad cztery miesiące od czasu rozegrania ostatniego meczu w karierze Kobe Bryant znów zaimponował efektownym manewrem. Tym razem na polu biznesowym – wraz ze wspólnikiem uruchomił właśnie fundusz inwestycyjny dysponujący kwotą 100 milionów dolarów.

O utworzeniu funduszu jako pierwszy poinformował Dennis K. Berman, dziennikarz The Wall Street Journal’s. Dokładnie rzecz ujmując, chodzi o fundusz venture capital, czyli taki, który zajmuje się długoterminowymi inwestycjami w prywatne przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju. Co ważne, zazwyczaj związane są one z dosyć wysokim ryzykiem fiasku. Widać więc, że w biznesie, tak jak na boisku, Kobe idzie na całość.

Projekt uruchomił do spółki ze swoim 43-letnim partnerem biznesowym Jeffem Stibelem, przedsiębiorcą i inwestorem, który został mu przedstawiony przez wspólnego przyjaciela. Panowie współpracują od 2013 roku i zainwestowali już w 15 różnych inicjatyw, ale dopiero teraz, gdy koszykarz zakończył sportową karierę, postanowili sformalizować partnerstwo i założyli firmę o trzeba przyznać niezbyt wyszukanej nazwie „Bryant Stibel”. Swoją siedzibę będzie miała w Los Angeles.

Do tej pory zainwestowali m.in. w internetowy serwis sportowy The Players Tribune, projektanta gier wideo Scopely, spółkę usług prawnych LegalZoom czy twórcę oprogramowania do telemarketingu RingDNA. Bryant Stibel dysponować będzie kwotą 100 milionów dolarów i docelowo angażować ma się w nowe technologie, media i spółki zajmujące się obróbką danych.

- Gdybyś spytał mnie o to 10 lat temu, odpowiedziałbym, że muszę wygrywać tu i teraz. Z wiekiem zaczynasz jednak patrzeć na wszystko z innej perspektywy – komentuje swoje biznesowe aspiracje Black Mamba. – Najważniejszą rzeczą, którą staram się teraz cieszyć, to możliwość pomagania innym w osiągnięciu sukcesu. Cieszy mnie angażowanie się w coś, co może mieć swój ciąg. I mam nadzieję, że oni zrobią to samo dla kolejnego pokolenia.

fot. wikimedia commons

2384 – tyle średnio osób oglądało w TV mecz kadry Polska – Niemcy

Kadra | 22.08.2016 20:10

Sportowym wydarzeniem weekendu i ostatnich tygodni były oczywiście igrzyska w Rio, ale i tak dane o średniej oglądalności meczów reprezentacji koszykarzy zmuszają do refleksji.

Polska od piątku do niedzieli rozegrała 3 spotkania podczas towarzyskiego turnieju w niemieckim Ulm. Transmitowała je stacja Polsat Sport. Według danych Nielsen Audience Measurement, średnie oglądalności (AMR) poszczególnych spotkań naszych koszykarzy przedstawiały się następująco:

Polska – Rosja, piątek, godz. 16.45 – 22 074
Polska – Finlandia, sobota, godz. 16.45 – 7 959
Polska – Niemcy, niedziela, godz. 15.00 – 2 384

Należy oczywiście przypomnieć o niesprzyjających okolicznościach. O godz. 15.30 rozpoczął się mecz Polska – Niemcy w piłce ręcznej o brąz w Rio. Na końcówkę spotkania naszej kadry nałożył się też mecz o 3 miejsce w turnieju koszykarzy, pomiędzy Hiszpanią i Australią. Jednak wciąż, nawet w takiej sytuacji, średnia oglądalność ledwie przekraczająca 2 tysiące sugeruje, że – delikatnie rzecz ujmując – zagorzałych fanów polskiego basketu nie ma zbyt wielu.

fot. Andrzej Romański, plk.pl

Krajobraz po igrzyskach w Rio - USA i długo, długo nic

Świat | 22.08.2016 18:10

Koszykarski turniej na igrzyskach tylko nas upewnił - Amerykanie wyprzedzają konkurencję o lata świetlne. Przyjechali do Brazylii bez największych gwiazd, a złoto zdobyli z łatwością.

Perfekcyjny bilans 7-0, pogrom Serbii w finale, pełna kontrola w półfinałowym spotkaniu z Hiszpanią, łatwa wygrana z Argentyną - w fazie pucharowej Amerykanie nie pozostawili złudzeń. Choć momentami mogło się wydawać, że czołowe zespoły reszty świata mają szansę - w grze USA szukaliśmy głównie problemów i niedociągnięć, w występach innych koncentrowaliśmy się na atutach i pięknych akcjach, więc mógł powstać złudny obraz, na którym Serbia, Hiszpania, Australia czy Francja faworytowi zagrażają.

Ale to nieprawda.

Prawda jest taka, że Amerykanie nie musieli się w tych meczach z Australią, Francją czy Serbią specjalnie denerwować - owszem, były momenty w których rywale grali lepiej, mieli punktowe zrywy, udawało im się przez kilka minut ograniczyć Amerykanów w obronie. Ale to były tylko momenty, w końcówkach, nawet jeśli mecze kończyły się różnicą trzech punktów, to drużyna z USA tak naprawdę nie była w nich zagrożona. Serbia miała rzut na dogrywkę, ale to wciąż byłaby tylko dogrywka.

Fakty są takie, że Amerykanie trenera Mike’a Krzyzewskiego wygrali 76 meczów o punkty z rzędu. To jest dominacja przez duże „D”.

Jeśli w latach 2002-2006 reszta świata wyraźnie zbliżyła się do USA i kolejne drużyny - Argentyna (dwukrotnie), Jugosławia, Hiszpania, Portoryko, Litwa i Grecja, potrafiły Amerykanów pokonać, to teraz widzimy trend odwrotny. W NBA gra co prawda coraz więcej najlepszych koszykarzy z innych kontynentów, ale w USA zrozumiano, że turnieje o mistrzostwo świata i na igrzyskach same już się nie wygrają.

Lepszy dobór graczy (choć nie idealny), większa gotowość gwiazd do poświęcenia wakacji (choć rzadko wszystkich), świadome przygotowanie się na rywali (choć nie zawsze dokładne rozpracowanie) - to wystarcza. Nawet, jeśli czasem - jak w tym roku - kolejne wycofania się ważnych graczy sprawiły, że skład USA nie tyle wyselekcjonowano, co zebrano na zasadzie: „Kto się nie wypisze, ten pojedzie”.

I nie widać żadnych przesłanek ku temu, że to się zmieni. Kadrę USA obejmuje Gregg Popovich, który po sennym Mike’u Krzyzewskim raczej ją rozrusza i ulepszy, LeBron James już zapowiedział, że chciałby zagrać na igrzyskach w Tokio, Stephen Curry też pewnie zapragnie złota, dojrzewają kolejne gwiazdy i talenty. Możliwości Amerykanów są nieprzebrane, a ich rywali - jednak ograniczone.

Serbia? W Rio z ważnych graczy zabrakło Nemanji Bjelicy i Bobana Marjanovicia, ale większym problemem jest szukanie następcy Milosa Teodosicia. W Hiszpanii są talenty jak Willy Hernangomez czy Alex Abrines, wciąż jest oczywiście Pau Gasol, ale ten zespół w swoim szczycie z USA jednak regularnie przegrywał. Francja wciąż będzie silna, ale to poziom najwyżej hiszpański, a nie amerykański.

Litwa, Chorwacja, Grecja czy Włochy w pojedynczych meczach groźne mogą być dla każdego, ale ich medal igrzysk lub MŚ byłby sensacją. Argentynę czeka wielka przebudowa. Największa nadzieja chyba w Australii, bo do relatywnie młodej, a już doświadczonej i bardzo dobrej drużyny, dołączą niebawem Ben Simmons i Dante Exum.

Ale na USA to i tak będzie za mało.

Fot. FIBA.com
 

Gregg Popovich grał jak Matthew Dellavedova

Świat | 22.08.2016 15:45

Trener San Antonio Spurs, który właśnie obejmuje reprezentację USA, walczył o miejsce w kadrze przed igrzyskami w 1972 roku.

Gregg Popovich trenerem wydaje się „od zawsze”, ale jako mały chłopak, a potem nastolatek, w koszykówkę także grał. Urodzony w 1949 roku syn Serba i Chorwatki, w latach 60 i 70. musiał spisywać się na boisku co najmniej przyzwoicie, skoro odnotowano jego występy w złożonym z najlepszych nastolatków w mieście Gary Biddy Basketball All-Star Team, a po ukończeniu Merrillville High School, przez cztery lata występował w drużynie Air Force Academy, w której studiował. Na ostatnim roku Popovich był kapitanem i najlepszym strzelcem zespołu.

W trakcie studiów i służby wojskowej Popovich jeździł też do Europy Wschodniej, do ZSRR, razem z koszykarską reprezentacją amerykańskich sił zbrojnych. Podobno prezentował się tam nieźle, a w 1972 roku, jako kapitan tej drużyny, zdobył mistrzostwo AAU. I wtedy dostał zaproszenie na zgrupowanie przed igrzyskami, które miały się odbyć w Monachium. Kadrę USA wybierano wówczas z koszykarzy grających w NCAA i innych amatorskich rozgrywkach.

Jak grał Popovich? Larry Brown, jeden z trenerów, który prowadził wówczas selekcję do reprezentacji, wspomina, że był nieustępliwym boiskowym twardzielem. - Grał trochę jak Dellavedova, choć trochę bardziej siłowo. Był utalentowany i bardzo zawzięty - mówił Brown. Z kolei Jack Herron Jr, asystent trenera w reprezentacji wojskowej, który był w komitecie wybierającym reprezentację na igrzyska, zwracał uwagę, że Popovich był za mało przebojowy - inni, którzy walczyli o miejsce w składzie, próbowali zaprezentować się indywidualnie z jak najlepszej strony, tymczasem „Pop” robił to, czego wymagał trener.

Kandydatów podzielono na grupy po 10-12 graczy, Popovich znalazł się w tej, która trenowała u słynnego Bobby’ego Knighta z Indiany. Przed ostatnim wewnętrznym sparingiem trener powiedział zawodnikom, że szansę wyjazdu do Monachium ma tylko dwóch z nich - Kevin Joyce i Bobby Jones. Reszta miała tylko podawać im piłki. Popovich na igrzyska nie pojechał, Brown opowiadał po latach, że to m.in. on decydował, że „Pop” został poza składem. Zresztą później ten sam Brown jako trener Denver Nuggets, ponownie odrzucił starającego się o miejsce w składzie Popovicha.

Ten jednak dopiął swego - jeśli nie jako zawodnik, to jako trener. Pięciokrotny mistrz NBA obejmuje reprezentację USA, z którą w Tokio w 2020 roku powalczy o czwarte z rzędu złoto.

Najciekawsze tweety